24 listopada 2025

Od Virgila – Przeszłość

Słońce uśmiechało się do Thornhaven letnim ciepłem, nawet te szare ściany posiadłości rozjaśniając niczym bloki marmuru jakiegoś książęcego pałacyku. Bezbrzeżny błękit nieba, lekko przypalające skórę promienie i gęsta zieleń uginająca się pod niesfornymi podmuchami lekkiego wiatru – podobna pogoda nie zdarzała się często w tych rejonach i Vi po prostu wiedział, że jak jego sprytny, napędzany łobuzerstwem czarodziej wymyśli plan spędzenia tego dnia, to wilkołak się łapami nakryje.
Wielki, puchaty ogon machał to w jedną, to w drugą stronę, a postawione na sztorc uszy nasłuchiwały uważnie kroków zbliżającego się Seymoura. Zanim jednak na tyłach stajni pojawiła się blond czupryna, istny drapieżnik w tych stronach ukazał swój łeb, fikuśnie wyciągnięty, żółty, osadzony na zielonym, wężowatym cielsku. Szlauch, pchany szafirową magią, wił się w powietrzu i groził tryśnięciem jadem. Vi szczeknął raz, jeden, drugi, trzeci, aż Seymour ewidentnie nie wytrzymał ze śmiechu i ukazał się w całej swej okazałości.
Teraz to Virgil parskał śmiechem, ich magiczne połączenie płynące przez gwiazdkę zawieszoną na wilczej szyi do umysłu czarodzieja drżało rozbawieniem.
Przeszedłeś tak przez posiadłość? Jarvis coś powiedział?
Szlachetny panicz Silverthorn, lubujący się w ubieraniu dobrze skrojonych koszul i noszeniu akademickich zerówek, przywdział niebieskie kąpielówki z nadrukiem wyjących wilków, a szafirowe oczy skrył za profesjonalnymi goglami do nurkowania.
— Jarvis kulturalnie milczał — rzucił były czarodziej, machnięciem dłoni posyłając cały kubeł z przeróżnymi szamponami, odżywkami i bogowie jedni wiedzą, czym jeszcze, w okolice łap Virgila. Wilkołak zainteresował się ciekawym zapachem kosmetyków, lecz zaraz Seymour kolejnym gestem odkręcił odległy kran, woda polała się ze szlaucha, przyciągnęła jego uwagę. — Wstawaj, Pluszaku, zmoczyć cię muszę.
To mówiąc, Seymour zgiął kark w jedną stronę, w drugą stronę, rozgrzał ramiona, bo prawdziwą sztuką było się nie zmęczyć już przy samej próbie oblania całego wilka wodą. Virgil bawił się świetnie, musiał tylko siedzieć, więc do woli łobuzował, próbując capnąć między zęby jak najwięcej strumienia ze szlaucha i zrzucić w najbardziej efektywny sposób cały nadmiar wody na muzyka przy otrzepywaniu się. Ale ten nie pozostawał dłużny.
Tu łaskocze — mruknął, wzdrygnął się, ale strumień wody wcale nie ustawał. — Seymour!
Zanim całe namaczanie się skończyło, Seymour już był cały mokry, oblepiony sierścią, lecz nie zniechęcony do walczenia dalej z czarnym kłębem pluszowości, który myć się grzecznie lubił tylko w teorii.
Szampony poszły w ruch, takie litrowe, zmieszane ze sobą, żeby zdołały wniknąć w głąb bujnej sierści. Zaczęły pienić się dobrze, wspierane nieludzkim wysiłkiem biegającego wokół Seymoura. Zaraz jednak jego dłonie znalazły nowe wykorzystanie dla piany i wilk zmieniał się to w lwa z bujną grzywą, to w zebrę z bialuchnymi paskami, dostał nawet koronę i róg jak u jednorożca. A potem wszystko spłynęło między łapy, pozostawiając sierść błyszczącą, odświeżoną, pachnącą miękką nowością. Vi podniósł się, otrzepał, zadrobił łapami w miejscu, czekając tylko, aż Seymour złapie za miotłę i wysuszą te wszystkie kłaki w biegu, na słońcu.
— A ty gdzie? — parsknął były czarodziej, otwierając jakąś kolejną wielką butlę. Przetarł przedramieniem zmoczone gogle. — Odżywkę na porost sierści muszę ci dać, potem jeszcze szampon z keratyną i kolejna odżywka z tej serii…
Troskliwość, z jaką Seymour dobierał te wszystkie specyfiki, była naprawdę ujmująca i to nie tak, że Virgil jej nie doceniał. W sercu, głęboko, dziękował niezwykle mocno za tak oddanego chłopaka. Lecz to serce należało również do wilka, takiego bardzo dużego, niesfornego i chętnego do wymyślenia nowych zabaw na poczekaniu.
Będziesz myć mnie dalej — powiedział, rzucając się biegiem ku lasowi pełnego wilgotnego poszycia, w którym wilkołak potrzebował ledwie chwili, by zmienić zapach szamponów w powiew przeszłości — jak mnie złapiesz!
— Vi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz