TW: samookaleczenie, body horror
Ciemność jaskini pochłaniała światło pochodni niczym głodna paszcza, pozostawiając jedynie blade, drżące cienie tańczące na wilgotnych ścianach. Podziemna grota pod świątynią Dagona była niczym żywy organizm – oddychała wilgocią, pulsowała echem kapiącej wody, a jej ściany pokrywała mazista, fosforyzująca poświata, nadająca całemu miejscu pozór wnętrza jakiejś pradawnej, morskiej istoty. Skryta w mroku, przytłaczająca i opresyjna grota zdawała się kurczyć wokół każdego, kto przekroczył jej próg, zamykając go w swoich zimnych objęciach. Wśród skalnych pęknięć kryły się niespotykane nigdzie indziej narośle, przypominającymi koralowce z najczarniejszych głębin – miejsca, gdzie słońce nigdy nie sięgało, gdzie życie przybierało formy tak dalekie od ludzkiego pojmowania, że sam ich widok mógł zachwiać rozumem. W rozpadlinach skał lśniły oczy istot, które nie potrzebowały światła, by widzieć, nie potrzebowały powietrza, by oddychać. Kolumny stalaktytów i stalagmitów zrastały się w organiczne filary, niczym kości pradawnej, martwej bestii. Tu, w sercu ziemi, świątynia Dagona odsłaniała swoje prawdziwe oblicze – nie łagodne i kojące, lecz pierwotne, głodne, niepojęte.
Noc zaległa nad światem ciężarem milczącej mgły, a jej oddech sączył się przez niewidoczne szczeliny w skale, niosąc ze sobą zapach soli i czegoś starszego, czegoś, co pamiętało czasy, gdy ludzie nie istnieli nawet w planach stworzenia. Cisza panująca w grocie była gęsta i materialna, przerywana jedynie odległym pluskiem fal i czymś, co mogło być oddechem, ale nie należało do żadnego z obecnych. Yejide i Adetokunbo podążali zaraz za Undine, ich kroki pewne mimo śliskości kamiennych stopni, a twarze spokojne mimo mroku, który ich otaczał. Wiedzieli, że pierwsze błogosławieństwo było tylko początkiem, przyjęciem do wspólnoty, i że prawdziwy dar Dagona czekał tu, w głębinach, gdzie fałszywe światło dnia nie mogło dosięgnąć prawd ukrytych przed oczyma niepowołanych.
Undine prowadziła ich w milczeniu, ubrana w rytualny strój w niczym nieprzypominający jej kapłańskiej szaty. Focza skóra ledwie zakrywała jej biodra, resztę ciała zaś pokrywały hipnotyczne, fosforyzujące symbole malowane w języku, który nie miał własnej nazwy. U boku kołysało się ostrze, długie i ciężkie, nieludzko ostre, pod którym pękał metal, kamień oraz kość. W ramionach Undine spoczywało zawiniątko z małym Olumide, śpiącym spokojnie, nieświadomym tego, co go czekało.
Dotarli do serca jaskini, a kapłanka zatrzymała się przy krawędzi basenu wykutego w żywej skale – miejsca, w którym woda nie była wodą, lecz czymś gęstszym, czarniejszym, czymś, co poruszało się samo z siebie, nawet gdy żaden wiatr nie mącił jej powierzchni.
— Tu — powiedziała Undine, a jej głos brzmiał inaczej niż w górze, jakby sama grota użyczała mu siły i głębi — tu Dagon naprawdę słucha.
Stanęła między rodzicami a basenem. W ciemnej wodzie poruszyło się coś, co nie miało nazwy w żadnym ludzkim języku, lecz Yejide i Adetokunbo patrzyli bez lęku, z oczekiwaniem wymalowanym na twarzach, z głodem czegoś więcej niż zwykłe błogosławieństwo.
— Pierwsze błogosławieństwo uczyniło waszego syna członkiem naszej kongregacji — zaczęła Undine, kołysząc śpiące niemowlę. — Ale wy pragniecie dla niego czegoś więcej. Pragniecie, by był kimś więcej niż człowiekiem.
— Pragniemy — odpowiedzieli jednym głosem, jak przysięga, jak modlitwa.
— Błogosławieństwo Głębin wymaga ofiary. — Undine podeszła, ułożyła niemowlę na pobliskim ołtarzu, następnie zaś sięgnęła tkwiącego przy pasie noża. Podeszła z nim ku Adetokunbo. — Yejide już złożyła swoją. Przez dziewięć miesięcy jej ciało formowało kości Olumide, jej krew karmiła jego serce, jej oddech dawał mu życie. Jej cierpienie przy porodzie było ofiarą, którą Dagon przyjął, a blizny będą wieczną pamiątką tego, czego doświadczyła.
Yejide skinęła z powagą głową.
— Teraz twoja kolej, Adetokunbo. — Undine podała mu nóż, a w jej oczach tańczyły odbicia fosforyzujących ścian. — Błogosławieństwo wymaga ceny. Krew za krew, ciało za ciało. Dagon nie przyjmuje pustych słów ani tanich gestów.
Adetokunbo wziął nóż bez wahania, zważył go w dłoni. Jego twarz pozostała spokojna, choć żyłka na jego skroni pulsowała szybko.
— Co mam zrobić?
— Ofiaruj część siebie — odpowiedziała Undine. — Ciało, krew i kość. Twój ból będzie modlitwą, blizna wiecznym świadectwem twojej wiary. Nie ma prawdziwego oddania bez prawdziwej ofiary.
W basenie coś poruszyło się gwałtowniej, jakby istoty w głębinach wyczuły zbliżający się dar.
Adetokunbo uniósł lewą rękę, popatrzył na swoją dłoń. Jego wzrok spotkał się ze wzrokiem żony – w jej oczach nie było lęku ani wątpliwości, tylko ta sama głęboka, spokojna pewność, którą dzielili od dnia, gdy razem weszli pod kopułę świątyni Dagona. Yejide skinęła mu głową, ledwo zauważalnie, on odpowiedział tym samym gestem i oboje podeszli do drugiego z kamiennych ołtarzy. Adetokunbo ułożył rękę, przycisnął mocno, odetchnął, zbierając siły.
— Byłeś przy mnie przy porodzie. Ja będę przy tobie, gdy nasz syn narodzi się ponownie — powiedziała Yejide, chwytając jego dłoń i ramię, pewnie przytrzymując w miejscu.
Ostrze odnalazło zagłębienie łokcia, ruch był szybki, pewny, ostateczny. Tkanka pękła, staw rozpadł się pod naporem determinacji, trysnęła krew. Adetokunbo zacisnął zęby, z jego gardła wyrwał się zduszony jęk, lecz ani nie krzyknął ani się nie zawahał. Czerwień rozlała się na kamień, gorąca i ciemna w nierzeczywistym świetle, gdy mężczyzna przeciągnął ostrzem ostatni raz, osunął się ciężko w ramiona żony. Undine uśmiechnęła się, chwyciła jego ofiarę, wciąż jeszcze ciepłą i rzuciła w ciemność rytualnego basenu.
Powierzchnia wody eksplodowała ruchem. Wijące się istoty rzuciły się na dar, szarpiąc, pożerając, znikając z powrotem w ciemności. Woda zabulgotała, zawirowała, a potem uspokoiła się, gładka niczym lustro, spokojna i usatysfakcjonowana.
— Dagon przyjął twoją ofiarę — powiedziała Undine, a jej głos nabrał nienazwanej głębi. Czegoś, co nie do końca należało do tego świata. — Teraz wywyższy twojego syna.
Podniosła niemowlę z ołtarza. Mały Olumide obudził się, jego oczy otwarły się szeroko, lecz nie płakał – patrzył w górę, jakby widział coś, czego dorośli nie potrafili dostrzec. Undine stanęła przy krawędzi basenu i powoli, z nabożną czcią, zanurzyła nagie ciało dziecka w czarnej wodzie.
— Dagonie, Panie Głębin, Przebudzony-Który-Śpi! — zawołała kapłanka. — Oto dziecko zrodzone z krwi i cierpienia, oto syn twych wiernych sług! Uczyń je swoim, jak obiecałeś tym, którzy są ci posłuszni! Niech jego ciało stanie się prawdziwym przedłużeniem twojej woli!
Woda zawirowała wokół niemowlęcia, ale Olumide nie krzyczał. Leżał spokojnie, z otwartymi oczami wpatrzonymi w ciemność, a czarna woda sączyła się do jego ust, nosa, uszu – nie topiąc, lecz przenikając, wypełniając.
A potem dziecko zaczęło się zmieniać.
Skóra zadrgała, coś poruszyło się pod jej powierzchnią. Pulchne paluszki wydłużyły się, ich końce stwardniały, ciemniejsze, zakrzywione w coś, co mogło być pazurami. Po bokach szyi pojawiły się cienkie linie – najpierw blade, potem różowe, potem rozchylające się lekko, odsłaniając delikatne, pulsujące czerwienią błony. Skrzela. Olumide oddychał pod wodą.
Yejide wstrzymała oddech. Półprzytomny Adetokunbo, patrzył z zachwytem na to, czym stawało się jego dziecko.
— Tak — szepnęła Undine z uśmiechem, który nie pasował do ludzkiej twarzy. — Dagon przyjął go.
Wyciągnęła niemowlę z basenu, a w momencie, gdy powietrze dotknęło jego skóry, transformacja zaczęła się cofać. Skrzela zamknęły się, wsiąkając w skórę, pozostawiając jedynie ledwo widoczne linie. Pazury wycofały się, miękkie paluszki powróciły do ludzkiego kształtu. Olumide wyglądał jak zwykłe niemowlę – miękkie, spokojne i milczące.
Lecz Undine wiedziała, jego rodzice wiedzieli, wiedziała cała kongregacja. Gdzieś głęboko, pod skórą tego dziecka, spało coś więcej. Coś, co pewnego dnia się przebudzi.
— Od tej chwili — oznajmiła kapłanka, wznosząc dziecko, by wszyscy mogli je podziwiać — wasz syn nosi w sobie podwójną naturę. Człowiek dla świata, dziecko Głębin dla nas. Gdy przyjdzie czas, gdy morze go wezwie, on odpowie.
Kultyści podjęli swój śpiew, mącący umysł zaśpiew wzniósł się w głębinach. W basenie coś poruszyło się po raz ostatni, jakby na pożegnanie, a potem cisza powróciła – gęsta, cierpliwa i wiecznie głodna ofiar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz