Stojąc za półprzepuszczalnym lustrem pokoju przesłuchań, nie czuło się tego całego chaosu, który ogarnął Biuro Śledcze, gdy siedzący przy metalowym stole mężczyzna zdecydował rozpętać kryzys na skalę krajową. Wieże kontroli lotów trzech największych lotnisk Novendii zostały zawirusowane dziesięć minut temu, uniemożliwiając praktycznie komunikację między kontrolerami a pilotami. Hardev Agashe, programista instytutu naukowego, sam oddał się w ręce służb zaraz po zdalnym wypuszczeniu wirusa, wierząc, że manifest jego grupy terrorystycznej zostanie zaraz rozpowszechniony w medialnym obiegu. Ich motywy i powody, dla których Hardev zdecydował się na ten krok, pozostawały niejasne, jednak to była kwestia na później. Musieli przywrócić funkcjonowanie kontroli lotów, zanim przyjdzie zgłoszenie o pierwszym wypadku.
— Andret — odezwał się chłodno Tristan bez patrzenia na stojącego obok szefa. Jego nienawistny wzrok pozostawał utkwiony w programiście. — Wejdę tam do niego na niecałe dziesięć minut, dam mu kolejne dziesięć na przekazanie nam kodu do rozbrojenia wirusa, czyli za jakieś piętnaście wyślemy informację do kontroli lotów. Niech będą gotowi, żeby od razu wpisać kod.
— Nie dałem ci pozwolenia na rozmowę z nim — zaprotestował Andret.
Detektyw, trzymając pod pachą plik z na szybko sporządzonymi danymi na jego polecenie, szarpnął za drzwi pokoju przesłuchań.
— Nie prosiłem o nie.
Programista uniósł głowę, pokręcił nią zaraz, widząc, jak Tristan siada przed nim. Chwilę temu Andret wydzierał się w tym samym pomieszczeniu, próbując złamać mężczyznę, lecz zabrał się do tego od niewłaściwej strony.
— Mówiłem już, że nie będę z wami rozmawiał — powiedział Hardev, poprawiając się na niewygodnym krześle. — Nic mnie inni nie obchodzą.
Patrząc po jego zrelaksowanej postawie, wiedział od dłuższego czasu o ataku. Nie był pionkiem wysłanym do zebrania batów – sam dyrygent operacji nadstawił karku, by misja się powiodła. Nie interesował się tym, co służby miały do powiedzenia, ponieważ to jego powinni słuchać. On trzymał kontrolę nad sytuacją.
Dlatego należało mu ją odebrać.
Tristan nonszalancko rozparł się na własnym krześle, ignorując słowa Hardeva. Twarde oblicze zastąpiła maska znudzenia, leniwego zainteresowania przeglądanym plikiem. Ciekawość – a może zniecierpliwienie ignorancją detektywa – wzięła górę. Programista pochylił nieco głowę, próbując dojrzeć zawartość folderu, i wtedy Tristan zaczął mówić, pozornie niespiesznie, a jednak odliczając w głowie mijające sekundy na czarnym ekranie kontrolerów lotów.
— Popatrzyłem trochę w twoje dokumenty. Odkryłem parę ciekawych rzeczy. — Hardev uniósł brew, ostrożnie zainteresowany. — Jesteś z Bharatu. Urokliwy kraj. Pojechałem raz do Rajendrapury, spaliła mi się dupa okropnie, ale nie mogę powiedzieć, że było mi tam źle. Rozumiem, dlaczego trochę tęsknisz za tamtym miejscem, a szczególnie za zwykłymi mieszkańcami. Szybko się odnalazłeś w instytucie, gdzie dużo twoich rodaków pracuje. — Tristan spojrzał na mężczyznę. — A szczególnie odnalazłeś się w rozmowie z Kavithą. Jest z tych samych rejonów, co ty. Rozumiecie się czasem bez słów.
Hardev nie odpowiedział. Nazwanie z imienia jego sympatii zdecydowanie coś w nim poruszyło, lecz niewystarczająco, żeby przebić się do niego. Detektyw kontynuował, przerzucając wręcz niechlujnym gestem kartki.
— Osobiście myślę, że to piękne. Szczególnie gdy masz w domu chorującą babcię, którą musisz się zajmować zupełnie sam i tak naprawdę nie masz do kogo się odezwać, żeby poczuć się zrozumianym. Kochasz babcię, jeździsz z nią regularnie do szpitala na jej liczne badania, ale nie wygadasz się jej, jak ci jest czasem ciężko zgrać swoje własne życie z jej potrzebami. A przyjechała przecież specjalnie do Stellaire dwa lata temu, bo tylko tutaj mają terapię mogącą jej pomóc.
To były tylko słowa, oczywiste i łatwo dostępne, jeśli było się agentem specjalnym. Hardev, nieważne, jak mocno wytężyłby wzrok, nie dostrzegłby, skąd nadchodził atak. Przekonany o swojej wyższości w tej sytuacji, wydawał się z czystej ciekawości wysłuchiwać, co Tristan ma mu do powiedzenia. Nie pozwolił sobie na drwiący uśmiech, ale widać było w jego oczach, ile silnej woli kosztowało go powstrzymanie się.
— Czasami musisz gdzieś wyżyć się trochę. Chodzisz na trening kickboxingu z Dromirem. — Mina programisty przelotnie stężała, ale Tristan w swej zaaranżowanej obojętności nie skupił się na tym wielce. — Był chłopakiem twojej siostry. Nie ufałeś mu wpierw i się nie dziwię, bo ja sam bym mu, kurwa, nie ufał. Jako nastolatek sprzedawał narkotyki, w wieku dwudziestu trzech lat wylądował na odwyku, coś zaczęło się zmieniać dopiero po dwóch latach. Znalazł pasję w sporcie. I za to byłeś w stanie go docenić. A także za to, jak traktował twoją siostrę. Świata poza nią nie widział. Byliście dla siebie najlepszym wsparciem, gdy zmarła w wypadku samochodowym.
Wyglądało to jak kliknięcie przełącznika – w jednej chwili nieprzejęty tykającym zegarkiem detektyw zmienił się w niechybiające ostrze. Tristan wycelował spojrzeniem prosto w Hardeva, jego twarz nabrała niepokojąco ostrych krawędzi, a cienie w pomieszczeniu wydały się jakieś dłuższe, łakome.
— Ale wyobraź sobie, że odkryłem coś jeszcze w papierach — ciągnął Tristan, porzucając swój spokojny ton. Jego słowa przypominały wprawnie wyprowadzone cięcia trenowane latami, które nawet go nie męczyły, choć oręż do lekkich nie należał. — Kavithcie skończyła się wiza jakiś tydzień temu. Zagapiła się biedna. Jak myślisz, ile zajmie odesłanie jej z powrotem do Bharatu, a potem wyrobienie z powrotem wizy po tym, jak została wyrzucona za niedopilnowanie papierów z kraju? Bo ja uważam, że spokojnie zajmie to miesiące, jak nie lepiej.
Pierwszy atak odbił się od zasłony Hardeva, zostawiając pęknięcie.
— I czy jesteś pewny, że wpisałeś wszystko dobrze w formularzu odświeżającym udział babci w programie jej terapii? Czasami wystarczy jedno niedopatrzenie, żeby usunąć ją z leczenia, bo chętnych na jej miejsce są dziesiątki. Co się stanie, gdy szpital powie jej, że dłużej nie zajmuje się jej leczeniem? Myślisz, że wytrzyma tydzień ze swoim bólem bez właściwych leków? Dwa? Pielęgniarka, którą wynająłeś zaraz przed swoim atakiem, nie pomoże jej wtedy.
Drugi otworzył mu usta w absolutnym szoku.
— A Dromir? Raz narkoman, zawsze narkoman, prawda? Nikt się nie zdziwi, gdy policja odkryje w jego torbie kokainę. Wrócił do starych nawyków, zaczął brać trochę, żeby wspomagać się na treningach. Ale będzie to wystarczająco, żeby posadzić go na pięć lat albo więcej, patrząc na jego barwną przeszłość.
Trzeci pozostawił go odsłoniętego jak dziecko. Jakże łatwo było się zabarykadować w swoim bunkrze zbudowanym absolutnej pewności, że dziejący się za drzwiami wybuch już go nie dotyczy. Może i nie. Lecz każda odbita od tych aroganckich ścian kula, każdy cios, który nie skrzywdził go bezpośrednio, a ześlizgnął się po innej krawędzi, barwił jego dłonie krwią najbliższych.
Stałą fizyczną był ogień ogarniający świat wokół betonowej zasłony, możliwy do zwalczenia tą zmyślnie wzniesioną barykadą, ale moralność nie znała takich ograniczeń. Tristan wstał, swoim zimnym wzrokiem nie przeganiając narastających w Hardevie obaw.
— Daję ci dziesięć minut, żeby podać mi kod rozbrojenia wirusa — oświadczył. — Chyba że inni faktycznie gówno cię obchodzą.
I wyszedł, wyszarpnąwszy z dłoni Hardeva całą tę pewność, tę kontrolę, tę nadzieję, że gdzieś leżała granica, której służby wraz z nim nie przekroczą.
Drzwi ledwo domknęły się za Tristanem, Andret już do niego doskoczył, ciskając piorunami z oczu i naganami z ust.
— Popierdoliło cię? Nie obchodzi mnie, że to był blef, czegoś takiego się tutaj nie robi — warknął na niego.
— Kto powiedział, że zupełnie blefowałem? — odfuknął, wychodząc naprzeciw Andretowi z własnym gniewem. Coś w nim pękło, jeszcze zanim zrozumiał, co dokładnie. Powinien był się zamknąć, ale szala się przelała, gorycz wypełniła jego usta kwasem i znajomą nienawiścią odczuwaną przy spojrzeniu w lustro. — Myślisz, że wzięłoby mnie sumienie i nie odnalazłabym wcale tych ludzi? Bo ty, niesamowity Andret, pierdolony bohater, by na to nie pozwolił? — Andret spróbował mu odpowiedzieć, lecz Tristan zwyczajnie go popchnął. Wcięło go na tyle z zaskoczenia, że się przymknął, zaś głos detektywa zmieniał się w przytłaczający, narastający powoli krzyk. — Coś ci, kurwa, powiem. Możesz strzelać w tysiące przestępców, stawiać tysiące tarcz, a i tak na koniec dnia będziesz liczył, ile cywili zginęło! Nie żyjemy w jakieś zasranej utopii, gdzie umierają tylko ci źli, wręcz przeciwnie – mamy ten problem, że umierają głównie niewinni i czy tego chcesz, czy nie, każdy, kogo kochasz, oberwie za twoje własne spierdolone grzechy! Więc albo zaczniesz grać tak jak oni — machnął ręką na spisującego coś na kartce Hardeva za lustrem — albo nie zostanie ci nic do chronienia!
Pierś bolała go od szybkich, nierównych oddechów, paznokcie wbiły się w miękkie wnętrze dłoni. Milczenie Andreta było wystarczająco wymowne, by Tristan zapragnął cofnąć tę chwilę i wyjść z pomieszczenia bez jednego zerknięcia na niego. Obaj już wiedzieli, co pękło. Ropa zaśmierdziała ze zgniłej rany, Andret zaś swobodnie wbił w nią nóż, podchodząc i nachylając się lekko.
— Nie jestem tobą, Tristan — powiedział cicho, choć każde słowo brzmiało jak przekleństwo. — Ja nie doprowadziłem do czyjeś śmierci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz