29 listopada 2025

Od Raouna – Dobro

Raoun lubił zawód lekarza, z tym nigdy nie kłamał. Nawet jeśli brzmiało to trochę niecodziennie, operacje sprawiały mu swego rodzaju radość. Możliwość pogrzebania w ciele śmiertelnika, by coś mu wyciąć lub przeszczepić, od początku wydawała mu się interesująca, zwłaszcza że to wszystko miało na celu uleczyć, nie zabić. Czasami zastanawiał się, jak w ogóle ktoś na to wpadł. W sumie nie było to takie trudne – śmiertelnicy lubili, zamiast rozwiązywać problemy, po prostu się ich pozbywać, a takie operacje to nierzadko po prostu wycięcie tkanki.
O tak, takie operacje były naprawdę dobrym zajęciem.
Nie to, co dyżur na SOR-ze.
Wbrew pozorom to miejsce nie było przepełnione niesamowitymi, krwawymi przypadkami. Tylko w filmach pokazywali, że zjawiał się pacjent za pacjentem, wszyscy w ciężkich stanach, trzeba było jak najszybciej zamawiać salę operacyjną, a czasami to w ogóle operować na oddziale. Nie, nawet w tak wielkim mieście, jak Stellaire SOR pod tym względem nie dorastał tym filmowym nawet do pięt. Nie dało się ukryć, że stosunkowo często pacjenci się przez niego przetaczali, lecz żaden nie potrzebował pilnej pomocy. Jeden skręcił kostkę, inny pił za mało wody, a jeszcze inny pomylił klocki REGO z czopkami. Z przypadkami pokroju ostatniego przykładu Raoun nie chciał się męczyć. To było poniżające, żeby bóg robił coś takiego.
Nie lubił też użerać się z gówniarzami.
Chłopak jęknął głośno z bólu, zacisnął ręce na swojej bluzie. Poderwał nieco nogę, na co Raoun od razu go zganił.
— Tylko dłużej będę ci to ogarniał, jak będziesz się ruszał — burknął.
Tamten nie odezwał się słowem. Przygryzł dolną wargę, ściągnął brwi.
Bóg nie przyjrzał mu się wcale, tylko kontynuował wyciąganie z uda gwoździa.
Jak w ogóle można było się nabawić takiej rany? Gwóźdź był wbity w nogę, jakby został wręcz wycelowany. Czy to był nowy poziom złośliwości rzeczy martwych? Gwoździowy zamach? Z tego, co słyszał, gówniarz wracał z palenia za budynkiem szkoły, gdy nagle o coś się potknął i upadł, prosto na gwóźdź. Tyle dobrego, że utknął on w nodze, a nie w mniej wygodnym miejscu.
Obok nich krzesełko zajmował drugi chłopak, prawdopodobnie kolega z klasy. Siedział wyprostowany, niemal nieruchomo, raz tylko odgarnął palcami kosmyk rdzawych włosów. Był tu jako wsparcie. Wraz z dwójką przyszła również wychowawczyni, ale poszła zadzwonić do rodziców pacjenta, wcześniej każąc zdrowemu chłopakowi pilnować tego rannego.
Raoun powoli wyciągnął gwóźdź, odłożył go na tackę, jednocześnie tamując krwawienie. Starł czerwień, pobieżnie przyjrzał się ranie.
— Kiedy ostatni raz byłeś szczepiony na tężca? — zapytał.
— Na co? — Pacjent uniósł jedną brew.
— Proszę go zaszczepić — odezwał się wtem kolega.
— Na co mi szczep...
— Żebyś przetrwał. Proszę go zaszczepić, panie doktorze, nie mogę pozwolić, żeby choroba go dopadła. Edward musi skończyć szkołę.
Bóg zmierzył chłopaka z góry na dół, z trudem ukrywając pewną konfuzję. No, nie spodziewał się, że młody będzie tak się martwił o swojego kolegę. Nie wyglądał na takiego. W zasadzie jego twarz nie zdradzała ani cienia zmartwienia od momentu zjawienia się w szpitalu. Ale może po prostu był mniej wylewny.
Obiecał, że potem pójdzie po szczepionkę, a na tę chwilę wrócił do opatrywania. Wpierw zdezynfekował ranę, przy okazji upewnił się, że nie dostały się do niej żadne inne ciała obce. Oczywiście, cały ten czas Edward jęczał i skomlał niczym zbity pies. Widok ten z innej perspektywy był nieco zabawny zważywszy na zadziorny wygląd ucznia. Włosy ostrzyżone na jeża, czarny dres z lampasami, jeszcze przesiąkający materiał zapach papierosów. Swoją drogą pod tym względem kompletnie się różnił od kolegi z klasy. Tamten był schludnie ubrany: jeansowa kurtka tworząca komplet ze spodniami, różowa bluza z kapturem i białe trampki. Na nosie spoczywały okulary o cienkich, srebrnych oprawkach, nadające mu inteligentnej aparycji. Ich dwójka była jak dwa przeciwieństwa. Ciekawe, jak w takim razie się zaprzyjaźnili?
A w sumie co to obchodziło Raouna?
— Rana nie wygląda źle — oznajmił — ale dla lepszego gojenia użyję sztaplera.
— Proszę użyć szwów, panie doktorze — powiedział wtem chłopak.
Prośba ta zdecydowanie go zaskoczyła. Zmierzył wzrokiem ucznia.
— Dlaczego?
— Sztapler bardziej boli od szwów.
Pomyśleć, że Raoun uznał go za inteligentnego.
— Bardziej? — Edward spytał cicho.
— Tak. — Kolega przytaknął. — Zaufaj mi.
Pierwszy chwilę się wahał, ale ostatecznie poprosił o szwy. Bóg Spirytyzmu zamrugał parę razy. Znów spojrzał na okularnika, tamten spoglądał na niego niewinnie.
Okej.
Wziął te szwy, zaczął zszywać ranę. Edward kwiczał, niemal się zwijał z bólu, a w pewnym momencie aż się położył. Towarzysz pytał go raz po raz, czy na pewno nie chce się poddać i przyjąć znieczulenia, ale dresiarz się zapierał, że da radę.
— Marshall, zamknij się, nie potrzebuję żadnego znieczulenia — warknął.
— No, dobrze — odparł spokojnie tamten. — Jesteś dzielny. Szycie musi bardzo boleć, każde ukłucie, przeciągnięcie szwu, jeszcze fakt, że sama rana...
— Powiedziałem, morda!
Marshall posłuchał, choć nie wyglądał na w najmniejszym stopniu urażonego. Powrócił do obserwowania poczynań doktora. Raoun czuł jego badawcze spojrzenie na swoich rękach – młody śledził każdy ruch, tylko chwilowo odrywając wzrok, by przyjrzeć się zdradzającemu jakże ogromne męki wyrazowi twarzy Edwarda. Sytuacja ta była dla boga niecodzienna, nie ukrywał.
— Ciekawi cię medycyna? — zagadał.
— Powiedzmy — odpowiedział Marshall, przerywając kolejne syknięcie Edwarda.
— Jeszcze się wahasz?
— Chcę wpierw zobaczyć, jak mi pójdzie matura.
Raoun pokiwał głową, jak gdyby dobrze rozumiał. To wcale nie tak, że on nigdy nie podchodził do matury. Ani egzaminu wstępnego na medycynę. Ani egzaminu końcowego. Nawet nie poszedł do szkoły ani na żadne studia.
Odłożył pęsetę i nożyczki, skończywszy zszywać ranę. Wziął opatrunek, odkleił od niego papierek.
— Musisz się dużo uczyć — rzucił mimo wszystko. — Medycyna to trudna nauka. A przynajmniej tak mówią inni, dla mnie to akurat był pikuś. — Wzruszył ramionami.
— W takim razie ja również nie będę miał problemu.
Słysząc to, zerknął bokiem w stronę Marshalla. Chłopak cały czas miał tę spokojną, niewzruszoną niczym minę. Bóg cicho prychnął, po czym nakleił opatrunek na ranę.
Krótko potem wróciła wychowawczyni, mówiąc, że poinformowała już ojca Edwarda, na co tamten się skrzywił. Spytała doktora o ranę, Raoun odparł, że wszystko w porządku, dzieciak będzie żył, tylko trzeba go jeszcze zaszczepić. Gdy i to zrobił, trójka zaczęła się zbierać. Wychodząc, nauczycielka podziękowała Marshallowi za wsparcie.
— Dobre z ciebie dziecko, rodzice na pewno są z ciebie dumni — rzekła.
— Edward musi skończyć liceum, a nie padać śmiertelną ofiarą gwoździ — rzucił chłopak.
W odpowiedzi kobieta się zaśmiała.
Raoun jakoś nie zastanawiał się nad tym, co Marshall zamierzał zrobić z Edwardem, gdy już wyjdą z tego liceum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz