28 listopada 2025

Od Dantego – Koń [AU]

Siedmiu ich nadjechało ze wschodniej doliny, wyplutych przez lodowatą paszczę zamieci rodzimej dla Niflheimu, uciekających przed wychładzającym zawodzeniem potępionych. Ich konie pruły przez śnieg, jakby innego życia nie zaznały, jedyne to spędzone na walce o każdy krok, każdą zmarźniętą trawę przysłoniętą śniegiem. Potężne rumaki prychały szronem, parskały chłodem, wyciągając szyje ku światłom osady. Wartownicy wrzasnęli na siebie, gotowi do zamknięcia wrót, niepewni do wytrzymania oporu. Trzon wierzchowców pędzących przez śnieżycę przypominał klingę wymierzoną w palisadę, z siłą bogów zdolną przepołowić ziemię.
Przez grubą zasłonę futra wartownicy nie widzieli, jak usta jeźdźca na przedzie wyginają się w uśmiechu. Dystans dzielący go i jego ludzi od bramy był już zbyt mały, żeby tamci zdołali cokolwiek zrobić. Musieli ich wpuścić.
Konie wbiegły między zabudowania, przypominając mroźne rumaki umarłych, ze zlepionymi śniegiem grzywami i zbitą w twardą grudę sierścią. Jeździec na przedzie szarpnął wodzami, kosmate nogi wbiły się w ziemię, przednie machnęły w powietrzu mocarnymi kopytami. Ludzie przystanęli. Ich spojrzenia zawisły na twardej skórze mocnych siodeł, na ostrym żelazie broni i wojowniczych sylwetkach. Dostrzegali tarcze, lecz nie rozpoznawali symboli, a ci, którzy jednak miano dla pękniętego słońca znali, nie dowierzali swym oczom.
Bestie złożone z lodu, futer i skóry przeobraziły się w siódemkę zgrzanych wojów i zmęczonych koni. Przywódca zsiadł, rzucając jedno spojrzenie najbliższemu młodzikowi, nawet na tle śnieżycy przerażająco jasne, błękitne. Wystarczyło, by chłopak się zerwał, a za nim pognała reszta młodzieży, prowadząc za wodze rumaki. Grupa zaś ruszyła do największej, płonącej najjaśniej wewnętrznym ogniskiem budowli – domu jarla.
Jego wrota ustąpiły łatwo, wichura zawyła radośnie, wpadła do izby, gdzie nagle wszyscy wikingowie powstali z ław, kładąc dłonie na znajomym ciężarze toporka przy biodrze. Późna pora dla gości, wczesna dla wrogów. Woj przewodzący swej grupie postąpił jeden, dwa kroki do przodu, ciekawsko zerkając po broniach szykujących się do wbicia w jego ciało. Parsknął śmiechem tak głośnym, tak jasnym i ciepłym, że nagle mróz z podwórza znikł, a gorąc ogniska był niczym w porównaniu do niego. Mężczyzna ściągnął z głowy futrzany kaptur.
— Rogu z piwem! — zawołał Dante, zarzucając złotym warkoczem i spragnionym wygód stałego domu spojrzeniem. — Czy już gościnności zaniechano w tych stronach?!
Wikingowie poruszyli się niepewnie. Jak jeden mąż popatrzyli na rzeźbiony tron stojący po przeciwległej od woja stronie. Tron, rzecz jasna, był zajęty, w całości przejęty przez osobistość, która zdawała się stanowić jedność z dumnie pnącym się ku górze oparciem i bogatym stosem futer. Mężczyzna, smuklejszy od przeciętnego wojownika, lecz mogący jednym spojrzeniem całą armię położyć, przyglądał mu się ze znajomą Dantemu mieszanką emocji – irytacją, ciekawością, pragnieniem wyrzucenia go za drzwi, póki jeszcze się nie rozgościł. Pan domu kruczoczarne włosy trzymał w upięciu, na ramiona zarzucił podbity runem płaszcz, a gruby pierścień jarla wcale nie wydawał się za duży na jego dłoń. Surowy władca ziem nawet nie drgnął, gdy chłód pochodzący z samych krain umarłych smagnął jego twarz.
— Dobrze znana jest nam gościnność, lecz czasy są niepewne, a każdy bezimienny przybysz wkraczający do izby, bez przedstawienia swych zamiarów, łatwo wrogiem może się okazać — zabrał głos jarl, niosący się przez salę i bodaj wszystkie dziewięć światów. — Imię twe i twych kompanów?
Dante ruszył spokojnym, prawie leniwym krokiem przez izbę, wpatrując się w te dwie, rubinowe głębie. Jarl nie dał znaku swym ludziom, więc i on nie sięgnął po zaufane ostrze, podchodząc do tronu i stając u jego stóp, z brodą arogancko zadartą tak wysoko, że sami bogowie by dojrzeli jej czubek.
— Gdzieżbym śmiał atakować tak zacną mieścinę — zamruczał, chyląc się do pokłonu, płytkiego i pozbawionego jakiegokolwiek szacunku. Krnąbrnym spojrzeniem obdzielał hojnie. — Dante Złotowłosy mnie zwą, jarlu, Żelazna Pięść z południa i Słodkousty pan nocy…
Półuśmiech wojownika pogłębił się, gdy szmer przebiegł przez izbę. Jego podboje w łóżku nie odstępowały tym na polu bitwy, Dante zaś od ferworu walki bardziej lubił jedynie ten sztorm emocji, który jego przejście przez miasta wywoływało, te fale nienawiści, gdy ktoś z małżonków w nieswoim łożu zaległ, te westchnienia nadziei, że tym razem mroźny błękit lodowca pęknie i zabierze w dalszą podróż któreś z serc wziętych gorącymi pieszczotami w posiadanie. Podniecone przygodą spojrzenia kleiły się do jego barków, rozbierały z futra i grubych skór, lecz wojownik zdawał się tego nie dostrzegać, gdy jego własne oczy zaczynały błyszczeć wyjątkową potrzebą, im dłużej spoglądał on w tę głębię chłodnego rubinu.
Jarl z cieniem znużenia zmrużył oczy.
— Jestem dowódcą mojej walecznej brygady. Obiło nam się o uszy, że wojna puka do twych drzwi, jarlu Skrzydlata Zgubo, my zaś wiemy, jak zasłużyć się w walce.
— Słyszałem o was — przyznał wreszcie mężczyzna — wieści po udanych bitwach podróżują czasem nawet szybciej od strzały wypuszczonej z mego łuku. Nająć się zatem chcecie.
— Pragnę sławy, lecz moi ludzie muszą również jeść.
— Wedle prawa nie odmówię wam jadła i ciepłego miejsca do spania. — Skrzydlata Zguba machnął ręką na jednego z bliżej stojących tronu wikingów, ten zaś skłonił się, odmaszerował, zgarniając po drodze część służby jarla. Inny podszedł do Dantego z rogiem pełnym piwa, który wojownik przyjął chętnie, upił z marszu trochę. — Rano porozmawiamy.
— Może uda się wcześniej — zaproponował Dante, wedle swych bękarckich zasad bezwstydnie przesuwając wzrokiem po sylwetce jarla. — W ciepłym miejscu do spania — zaproponował z uśmiechem dalekim od niewinności.
Izba zawrzała podnieconym śmiechem, rozgrzana jego lubieżnymi słowami, zaskoczona pychą większą niż słowem mówionym przekazywano to na północy. Ziemie może i nosiły miano jarla, lecz lud należał do tego, kto oczarować go potrafił. Jednak Dante nie docenił władzy Skrzydlatej Zguby, potęgi kryjącej się w jednym geście, który uciszył krnąbrny gwar wikingów.
Ciemna brew uniosła się, bardzo niewiele i bardzo wymownie. Zebrani umilkli, a napięcie, wyczuwalne w powietrzu niczym magnetyzm boskiego gromu szukającego miejsca, by spaść, zaintrygował Dantego swą mocą.
— Czyżby jeden łyk naszego piwa zdążył odebrać wojownikowi rozum?
Dante parsknął, a wraz z nim roześmiała się znów izba, polało się piwo i zaskwierczał ogień od tłuszczu lejącego się z pieczonej świni. Oddał jarlowi tę wymianę, przykładając róg do ust i zerkając znad jego krawędzi na zmarszczkę na czole Zguby.
— Myślę, że to nie o piwo odbierające mi rozum powinienem się martwić — rzucił pod nosem, zasiadając na długiej ławie wśród swoich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz