Terpsychora mówiła o występie od tygodnia.
— ...i będę miała niebieskie światła, i ta choreografia jest naprawdę trudna, ale na próbach wychodzi super, i...
Merlin słuchał jednym uchem, jedząc płatki śniadaniowe. Próbował nie myśleć o czekającym go wkrótce sprawdzianie z chemii. Przemiany fizykochemiczne, jakieś entalpie, entropie, ciepła parowania i co tam jeszcze ta dziedzina miała w zanadrzu. To nie była ani nauka, ani magia. To była tortura. Terpsychora siedziała naprzeciwko, podekscytowana do granic, gestykulując tak energicznie, że szklanka z sokiem drżała na krawędzi stołu.
— ...i to będzie w środę, o osiemnastej, w sali gimnastycznej szkoły, będzie dużo osób, i kurka, to mój pierwszy taki występ, że mam główną rolę, i normalnie nie mogę się doczekać…
Każda z jego sióstr odznaczała się innym temperamentem, każda miała co innego do powiedzenia, inaczej się zachowywała, inaczej reagowała, Merlin zaś, jako element sztuki przetrwania w domu, gdzie każdy był zdolny do miotania magią, nauczył się odczytywać te subtelne znaki i wskazówki, mówiące o tym, co naprawdę kryje się w czyimś sercu. Przynajmniej tak sobie wmawiał – że to była sztuka przetrwania, nie zaś jego naturalna, nieświadomie pielęgnowana empatia.
Coś w głosie Terpsychory brzmiało napięciem, oczekiwaniem, coś w tych wypowiedziach prosiło o konkretną reakcję i odpowiedź.
— Byłoby fajnie, jakbyście mogli mnie zobaczyć — powiedziała w końcu.
Merlin podniósł wzrok znad miski, złowił wyraz twarzy Terpsychory. Te lekko drżące, zaciśnięte usta, napięta szczęka, wyczekujące spojrzenie, dłoń mocniej trzymająca łyżkę…
— W tę środę? — podchwyciła mama, wyciągając telefon.
— Tak, już pojutrze!
Hermiona zerknęła w kalendarz, jej brwi się ściągnęły, kobieta westchnęła przepraszająco.
— Przykro mi, to jest ten dzień, kiedy mam wizytę u okulisty, raczej nie zdążę…
Nie było tak, że Merlin nigdy nie widział Terpsychory w tańcu – odkąd dołączyła do kółka tanecznego w szkole, regularnie mieli tam coś do zatańczenia, ona zaś wyróżniała się od pierwszego dnia, a pasja, z jaką mówiła o tańcu była równa tej, jaką Merlin przejawiał na widok rzeczy w jednorożce. Ale wiadomo, życie to nie anime, więc o jakąś bardziej znaczącą pozycję Terpsychora musiała zawalczyć, a i to nie przyszło przecież od razu. Rodzice też już widzieli ją na scenie, podobnie reszta sióstr, nawet Salem wbił się na jeden występ, wystrojony w swą wyjściową muchę.
Tylko teraz było inaczej. Usta Terpsychory zadrgały, nim przeniosła wzrok na ojca.
— Tato?
Rincewind spojrzał na nią przepraszająco, jego łagodne oczy pełne były cichego żalu.
— Mamy montaż nowego sprzętu w zakładzie, nikt mnie nie zastąpi i nie wiem, o której w ogóle wrócę.
Merlin obserwował, jak Terpsychora przechodzi z planu A, do planu B, w końcu C. Urania, Klio, Kaliope – wszystkie miały coś do zrobienia, to nie były wymówki, tylko solidne i niepodważalne usprawiedliwienia. Egzamin, ostatni termin, spotkanie z koleżanką, która tylko jeden dzień będzie w Stellaire, nim przejdzie przez portal do Turiazaurii, ta niesamowita, wyczekiwana randka… Życie po prostu się działo i nie zwracało uwagi na to, jakie kolizje powodowało. Merlin zrobiłby wszystko, żeby w środę wieczorem być gdziekolwiek indziej, niż u Guinevere z książkami, ale w czwartek rano mieli sprawdzian z tej nieszczęsnej chemii i jeśli nie przestanie mylić entalpii z entropią, to cienko widział swoją przyszłość.
— To... to w porządku — powiedziała w końcu Terpsychora, wbijając wzrok w talerz. W jej głosie nie było złości, tylko ta cicha akceptacja. — Rozumiem. Wszyscy są zajęci.
— Może będzie jakieś nagranie, co? — zaproponowała mama. — Potem możemy obejrzeć wszyscy razem.
— Jasne — Terpsychora uśmiechnęła się.
Uśmiech nie dotarł do oczu, Terpsychora nie odezwała się już więcej, a zaniepokojone, smutne spojrzenia wymienione przez rodziców nie pomagały przecież na zbolałe serce.
Reszta śniadania upłynęła w typowym chaosie, a przy tylu głosach tylko wytrawny muzyk usłyszałby, że jednego z nich brakuje. Merlin grzebał w resztkach posiłku, czas jednak nie czekał, podobnie jak pierwszy dzwonek i nauczyciel na lekcji, więc chcąc nie chcąc, chłopak musiał się zbierać.
Wspomnienie spojrzenia Terpsychory zostało w jego sercu niczym drzazga.
Wieczorem Merlin siedział w swoim pokoju, otoczony książkami do transmutacji. Próbował przyswoić materiał, ale zdawało się, że jego umysł aktywnie odrzucał zaawansowane przemiany molekularne wywołane przez wysokoenergetyczne impulsy magielektryczne. Przeczytał tę samą stronę już czwarty raz, lecz mający ułatwić przyswojenie materiału wykres zdał się na nic, mylił go tylko i Merlin miał wrażenie, że im więcej się uczy, tym mniej z tego wszystkiego rozumie.
Może dlatego udało mu się usłyszeć cichy dźwięk dobiegający z pokoju naprzeciwko.
— No co jest — mruknął pod nosem, zamykając książkę.
Wstał, wyszedł na korytarz, podkradł się do drzwi. Słuch go nie mylił, naprawdę słyszał pociąganie nosem, które wskazywało tylko na jedno. I początkowo uniósł instynktownie dłoń, by zapukać, kulturalnie poczekać na zaproszenie, zaraz jednak zreflektował się wiedząc, że Terpsychora pewnie kazałaby mu spadać. Odetchnął głębiej, spiął się w sobie, nacisnął klamkę.
— Ja tylko…
— Merlin!
Jego młodsza siostra siedziała na łóżku, ściskając w ramionach fantazyjny błękit swej sukienki.
— No puka się, kurde! — powiedziała tonem, który chyba miał być pełen pretensji, lecz łamał się w połowie zdania. Terpsychora pociągnęła nosem, odłożyła sukienkę. — Weź się…
Merlin westchnął, zamknął za sobą drzwi, podszedł bliżej, też klapnął na łóżku.
— Słuchaj, no nie krój cebuli w pojedynkę.
— Nie kroję…
Chłopak zamilkł, popatrzył na swoje dłonie. Chęć pomocy to jedno, umiejętność to drugie, a on słowem operował równie sprawnie, co i magią.
— Chcesz pogadać?
— Nie ma o czym — Terpsychora wzruszyła ramionami, lecz jej głos wciąż drżał. — Po prostu… to jest takie głupie… Ale chciałam, żeby no… Ktoś jednak przyszedł. Na mój występ.
Merlin skinął głową, westchnął ciężko. No nie trzeba było doktoratu z psychologii żeby wiedzieć, że to o to chodziło.
— Wszyscy mają zawsze coś ważniejszego — kontynuowała, a głos nabrał miękkiej wyrozumiałości. — Ja… ja to rozumiem, serio. Praca, egzaminy, inne spotkania. Ja jestem tylko... najmłodsza. Mój występ to nic wielkiego.
— To twój pierwszy występ solo.
— Ale nie pierwszy tak w ogóle. — Zaśmiała się gorzko. — Ja to rozumiem, naprawdę rozumiem… — urwała, mówiła coraz ciszej — …ale chciałam, żeby ktoś był.
Merlin siedział w milczeniu, trawiąc jej słowa. Ten sprawdzian z chemii był ważny, serio, nauczycielka mówiła, że mocno zaważy na ocenie końcowej. Z drugiej strony ze sprawdzianem zawsze miał jakieś drugie podejście, mógł poświecić oczami, coś wyżebrać, a występ Terpsychory był jeden jedyny i nigdy już nie pójdzie na jej pierwszy występ z główną rolą.
— O której jest ten występ? — zapytał.
— O osiemnastej — odpowiedziała, nie patrząc na niego.
— Przyjdę — zdecydował.
Terpsychora wyprostowała się na łóżku.
— Co?
— Przyjdę na twój występ — powtórzył Merlin. — W środę, osiemnasta, sala gimnastyczna.
— Przecież masz sprawdzian!
— Ej no, uczyłem się trochę — skłamał mało udolnie.
— Merlin…
— No co? — spytał, wzruszył ramionami.
Terpsychora milczała przez moment, nim objęła go, a ramiona w końcu przestały drżeć od płaczu.
— Jesteś niemożliwy.
Guinevere się na niego po prostu obraziła. Starał się jej wytłumaczyć, o co chodziło, lecz dziewczyna słyszała tylko kolejną wymówkę i nic nie potrafiło jej przekonać. Prychnęła, w końcu skrzyżowała ramiona na piersi, wydęła usta i wpatrzyła się gdzieś w przestrzeń mówiąc, że w takim razie idzie do biblioteki i żeby nikt jej nie przeszkadzał. Merlin przetarł twarz dłonią, pełne zrezygnowania „no super” wymsknęło się pod nosem, ale wiedział, że Guinevere szybko przejdzie, a ta irytacja bierze się z troski, nie zaś z tego, że Guinevere była na niego naprawdę zła.
— Po prostu ustrzel jakieś trzy na szynach i powinno dać radę — próbował pocieszyć go Hawthorn, choć na niewiele się to zdało.
Przyszła środa, przyszło popołudnie i czas było udać się na przedstawienie. Merlin nie miał w szafie wielu eleganckich ubrań, ale jak wyciągnął jeden z tych lepszych, wyjściowych T-shirtów, odkopał spodnie, które nie były wypchnięte na kolanach i wyżebrał do tego marynarkę taty, to wyglądał zupełnie jak nie Merlin, czyli schludnie i profesjonalnie. Akurat na występ artystyczny na sali gimnastycznej. Wytarte i popękane glany psuły trochę efekt, ale innych butów Merlin nie posiadał, więc nie było sensu się tym martwić.
Do sali gimnastycznej wszedł wraz z ławicą uczniów, rodziców i znajomych wszystkich występujących. Rozejrzał się, szukając jakiegoś sensownego miejsca na trybunach, nawet znalazł jedno, tam na górze i z boku, przy samych siatkach osłaniających okna przed morderczymi piłkami. I już miał udać się na swoją upatrzoną, orlą perć, w jego oczach introwertyka najlepsze miejsce ze wszystkich, gdy przypomniał sobie, po co tu w ogóle jest. Przecież nie dla siebie, żeby to jemu było fajnie i miło, tylko dla Terpsychory, która tak bardzo chciała, żeby ktoś z rodziny zobaczył ją w jej niebieskiej sukience.
Merlin przestąpił z nogi na nogę, popatrzył w odległy sufit, a następnie skierował się w stronę pierwszego rzędu.
Dawno nie czuł się tak na świeczniku, tak odsłonięty i wyeksponowany, a jego umysł momentalnie uciekł w stronę dziur w glanach, na które na pewno wszyscy patrzyli i w duchu się z niego śmiali.
— Inna szkoła, nikt mnie tu nie zna i nigdy więcej tu nie wrócę — powiedział sobie, starając się jakoś opanować pojawiający się na dłoniach pot.
Ludzie nadal tłoczyli się w sali gimnastycznej, szukali dla siebie miejsc, pokrzykiwali, przepychali się. Robiło się coraz gęściej i coraz bardziej duszno, Merlin zaś zerkał tylko na osłonięty metalową kratą zegar, odliczając czas do występu.
W końcu coś zadziało się w bocznym przejściu, pokazała się nauczycielka, rozstawione nagłośnienie ożyło. Było powitanie, prośba o ciszę, parę standardowych formułek i nazwisko głównej tancerki, na które Merlin instynktownie się wyprostował. A potem ostatnie szelesty i słowa ucichły, światło na trybunach zgasło, pozostawiając jedynie środek boiska zalanym błękitami i iluzorycznymi dekoracjami.
Muzyka wybrzmiała gdzieś z ciemności, podobnie jak głos lektorki przedstawiającej historię. A potem coś poruszyło się w dekoracjach i na środku pojawiła się Terpsychora. Niewysoka i szczupła, o dziecięcej buzi, lecz w jej krokach i gestach była pewność siebie księżniczki z legend, jednym ruchem zawłaszczającej całą przestrzeń. Dźwięki stały się skoczne, Terpsychora zawirowała w piruecie, a gdy się zatrzymała, jej wzrok padł wprost na pierwszy rząd. Merlin posłał jej niepewny uśmiech.
Twarz Terpsychory rozjaśniła się, a uśmiech, którym mu odpowiedziała, był tak szczery, tak naturalny i promienny, że zdmuchnął resztki wątpliwości, które Merlin miał, czy na pewno dobrze zrobił. W ruchy jego siostry wlała się siła i energia, a księżniczka, którą była, zaśmiała się tak baśniowo, że na scenie rozkwitły wszystkie kwiaty. Wirowała, tańczyła, skakała, a każdy gest promieniował pogodną energią, najczystszym szczęściem. Co jakiś czas wzrok Terpsychory wracał do Merlina i nawet, jeśli zmęczenie wkradało się w ciało, natychmiast znikało, zupełnie tak, jakby sama obecność brata była jej kotwicą i bezpiecznym portem.
Merlin nie liczył już nawet, ile całość trwała, nie zwracał uwagi na resztę tańczących, widząc tylko tę niebieską sukienkę, aż nadszedł wielki finał, muzyka ucichła, Terpsychora zaś zastygła w finalnej pozie. Przez moment panowała absolutna cisza, nim sala gimnastyczna wybrzmiała oklaskami, ktoś krzyknął, że było mega, a potem scena zaroiła się od reszty kółka tanecznego, wszyscy zaczerwienieni, uśmiechnięci, machający do publiczności.
Merlin klaskał, aż rozbolały go dłonie, Terpsychora zaś kłaniała się i kłaniała, wciąż uciekając wzrokiem do pierwszego rzędu.
Sprawdzianu z chemii nie zdał, ale to już się kompletnie nie liczyło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz