Przez zajmujące całą ścianę okna wpadały promienie słoneczne, oświetlając kawiarnię. W środku panował spokój, względna cisza, nie licząc dobiegającej z głośników lekkiej muzyki. Baristka kręciła się przy ladzie, czymś się zajmowała. Nie miała nikogo do obsługi, a jedyny klient, który aktualnie przebywał w środku, już zdążył zamówić swój napój.
Przy jednym ze stolików sąsiadujących z oknami siedział młody mężczyzna. Ubrany był w gustowną bordową koszulę odsłaniającą dekolt, wyszywaną subtelnymi, złotymi wzorami, pasującymi do długich, zakończonych kryształkami kolczyków. Otulone smukłymi, ciemnymi spodniami nogi schowane były pod blatem, jedna założona na drugą. Obcas skórzanych kozaków ze złotymi klamrami momentami zahaczał o nogę stolika, gdy stopa powoli zataczała niewielkie koła.
Zagarnął za ucho kosmyk włosów w kolorze gorzkiej czekolady, lecz spirala szybko się wywinęła z blokady małżowiny i wróciła w okolice błękitnych oczu. Spojrzenie błądziło po karcie napojów, mimo że przy lewej ręce już stał kubek świeżo przygotowanego zamówienia. Być może chciał zabić czas. Albo rzeczywiście zastanawiał się nad wzięciem czegoś jeszcze.
Puścił jedną dłonią kolorową kartę, smukłe palce zastukały kilkukrotnie w przyozdobiony niewielkim, acz zauważalnym pęknięciem ekran spoczywającego z boku tabletu. Szybkie zerknięcie na godzinę – akurat w tej chwili usłyszał kroki. Podniósł głowę, uniósł nieco wyżej brwi.
Kobieta stojąca przy wejściu uprzejmym gestem zaprosiła do środka pewnego chłopaka. Młodzieniec przekroczył próg, kolumienki onyksowych kozaków stukały niegłośno, acz wyraźnie. Popatrzył na siedzącego przy stoliku mężczyznę, gdy nagle zwolnił. Przyozdobiony kitą i pierścieniami ogon zbliżył się do ziemi, jego środkowa część niemal zniknęła między nogami.
Yangcyn cicho odchrząknął. Poprawił na sobie rozpiętą kurtkę z siwego futra, odsłaniającą szkarłatny golf, srebrny naszyjnik i białą, zapiętą do połowy koszulę, włożoną w czarne spodnie.
Chyba przesadził z ciuchami jak na rozmowę kwalifikacyjną.
Tak, właśnie starał się o nową pracę.
Zaczęło się to bardzo niewinnie: ktoś ogłosił w Internecie, że szukał ochroniarza, Cynk, ot, tak napisał, że w sumie to tam miał jakieś doświadczenie, bo kiedyś był w wojsku, a także potrzebował trochę pieniędzy (głównie na więcej ubrań, ale o tym to już nikt nie musiał wiedzieć). Jakoś za bardzo nie myślał nad tym... Tak właściwie to w ogóle nie pomyślał, dobra, racja, po prostu rzucił papierowy samolocik i pozwolił mu lecieć z wiatrem.
I wtedy samolocik wrócił z odpowiedzią, że ten ktoś mógłby go zatrudnić.
Z początku demon założył, że to nie tak na serio, że to były tylko zwykłe słowa w necie, a tam nie można było wszystkiego brać za pewne. Takiej wersji trzymałby się do końca, gdyby to, że osobą, z którą zaczął rozmowę, był...
Odwiesił futro na wieszak, niepewnie zbliżył się do stolika.
— Dzień dobry, panie Lilianie. — Ukłonił się uprzejmie.
— Wystarczy Lilian. — Otoczone opaloną karnacją usta wygięły się w uśmiechu.
Tak. Ten Lilian.
Cynk nadal nie rozumiał, jak dokładnie doszło do tej sytuacji. Nim się obejrzał, otrzymał wiadomość prywatną od Liliana, a potem od jego menedżerki, która poprosiła o CV. On nawet nie miał żadnego CV pod ręką, musiał odkopać to, które wysyłał kiedyś do psiej kawiarni. Dokonał szybkich poprawek, uzupełnił o nowe doświadczenia, a na koniec całość wysłał.
Tutaj też miał bardzo ciekawy tok myślenia, ponieważ, cóż, wciąż za bardzo nie wierzył, że to dalej pójdzie. Nawet jeśli wymienił swoją dawną służbę w wojsku, pominął kilka naprawdę drobnych szczegółów, na przykład, że został z tego wojska wywalony albo że w pewnym momencie chcieli go zabić, bo wtedy z pewnością nie przeszedłby dalej... W zasadzie to istniało ryzyko, że skoro miał być ochroniarzem celebryty, to wytwórnia zrobi na nim solidny background check i poznają prawdę – w najgorszym wypadku jeszcze go zgłoszą. Nic wielkiego, jedynie wpadłaby do jego mieszkania policja lub jakaś jednostka specjalna i znowu musiałby przechodzić przez piekło.
Tylko gdyby jakimś śmiesznym, niemożliwym cudem udało mu się zdobyć robotę, mógłby zarobić. A pieniędzy potrzebował na ubrania, znaczy się, ważne rzeczy. Fienna ogarniała wszystkie opłaty, z czym się trochę głupio czuł; fakt, sam jeszcze nie zarabiał odpowiedniej kwoty, ale... ale nadal. W każdym razie chciał zarobić, a taka praca ochroniarza nie wydawała mu się trudna. Umiał walczyć, był wysportowany, w dodatku dzięki swojej mocy dobrze znosił wszelakie obrażenia. Mógłby dosłownie przyjąć na siebie kulkę.
Pora jednak wrócić do sytuacji obecnej.
Zajął jedno z wolnych krzeseł, zawijając na kolana ogon, na drugim zaś położył swoją torbę.
— Długo pan, to znaczy, długo czekałeś? — zapytał.
— Nie, sam przed chwilą przyszedłem — odpowiedział, ruchem głowy wskazując swój kubek. — Jesteś punktualnie.
Słysząc to, uśmiechnął się lekko, końcówka ogona poskoczyła raz. Koniuszek języka wyskoczył na krótko spomiędzy warg, by zwilżyć tę górną.
Bogowie, czemu się tak stresował? To była tylko rozmowa kwalifikacyjna. Musiał być pewny siebie, tak jak to zawsze robił.
Wdech, wydech.
Mimowolnie zwrócił uwagę na niezwykle mocny zapach czekolady, na tę chwilę tłumiący jego własne lawendowe perfumy. Zerknął na towarzyszący Lilianowi kubek. Tamten musiał zauważyć ten gest, ponieważ powiedział:
— Robią tutaj naprawdę wyśmienitą czekoladę. Gorąco polecam. Na początku nie spodziewałem się, że kawiarnia w wytwórni może mieć tak dobre napoje — dodał, po czym pociągnął krótki łyk.
— Ach, chciałbym, ale nie mogę czekolady — przyznał z bólem Cynk. — Mam alergię.
— Alergię na czekoladę?! — Otworzył szeroko oczy, odłożył kubek. — Nie wyobrażam sobie, żebym ja miał coś takiego. Naprawdę mi przykro.
Co ciekawe, brzmiał na szczerze zmartwionego.
— Nie, nic nie szkodzi! Zapach mi wystarcza. Czasami zadowalam się białą czekoladą.
— O, taką też tutaj mają!
Parę minut później Yangcyn również miał swój kubek czekolady.
Przeszli do właściwej części spotkania. Lilian wziął do rąk dotychczas spoczywający z boku tablet, wyświetlił sobie CV ogoniastego. Demon ponownie zwilżył językiem usta.
Miał szczerą nadzieję, że nie będzie pytań o jego służbę w wojsku, a już na pewno przyczynę odejścia. Wpakował się na dość cienki lód sam, bez niczyjej pomocy, ale chciał z niego bezpiecznie zejść, nawet jeśli ostatecznie nie będzie żadnej pracy.
— W zasadzie to nasze dzisiejsze spotkanie to głównie moja chęć poznania cię osobiście — odezwał się Lilian. — Potrzebuję nowego ochroniarza trochę pilnie, a ty spełniasz wymagania. Jesteś po służbie w wojsku, masz też za sobą akademię policyjną. Jedynie mnie zastanawia, dlaczego szukasz pracy właśnie jako ochroniarz, zamiast zostać policjantem? — Odłożył tablet, splótł przed sobą palce dłoni.
— Och. — Uciekł na sekundę wzrokiem. — Przyznam szczerze, że nie powiodło mi się na pierwszym egzaminie pisemnym, choć naprawdę niewiele brakowało. Postanowiłem zrobić sobie przerwę i podejść jeszcze raz w przyszłym roku, dlatego szukam innej pracy.
Muzyk pokiwał głową.
— Rozumiem. Osobiście uważam, że to trochę marnowanie poczucia stylu na założenie nudnego munduru.
Słysząc te słowa, Yangcyn uniósł bardziej powieki, co w przypadku jego normalnie wąskich oczu zawsze interesująco wyglądało. W czerwonych tęczówkach pojawił się błysk, pionowe źrenice na moment nieco się rozszerzyły.
— Wiem, to jest swego rodzaju poświęcenie z mojej strony — zgodził się. — Planuję jednak zostać detektywem i pokazać, że ubiór cywilny nie musi wyglądać jak obtarte spodnie i poplamiona kawą koszula.
Sam nigdy nie miał w planie po otrzymaniu odznaki porzucić swój, nie ma co ukrywać, niesamowity styl. Wręcz przeciwnie – chciał udowodnić, że istnieli slayowi policjanci. Zresztą, typowy cywilny fit detektywa wcale nie pozwalał na tak idealne wtapianie się w tłum. Było coś w ogólnym wyglądzie, co sprawiało, że już niejeden przestępca wykrył, że był śledzony. Gdy jednak pojawi się taki Cynk, wszyscy go uznają za super fashionistę i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że mógł być gliniarzem działającym pod przykrywką.
Lilian zmierzył go wzrokiem z góry na dół, pogładził palcami podbródek.
— Hm, łapanie zbirów przy jednoczesnym serwowaniu? Wiesz, co, ta wizja jest przekonująca. Chciałbym to zobaczyć.
— Będziesz miał szansę, jeśli mnie zatrudnisz. — Puścił mu oczko. — Ta tarcza — wskazał siebie ręką — nie tylko chroni, ale też wygląda.
— O, to poszło płynnie! — pochwalił go.
W reakcji na to Yangcyn usiadł prosto, wykrzywił pełne usta w zawadiackim uśmiechu. Górna część jego ciała emanowała pewnością siebie; mimo to końcowy efekt zaburzał nieco wychylający się rytmicznie spod blatu koniec ogona. Na szczęście szybko zdał sobie z tego sprawę, dlatego poprawił swoją pozycję na krześle, chowając kitkę bardziej pod stolikiem.
— Wojsko, akademia policyjna i tak dalej to podstawa w doświadczeniu ochroniarza — zaczął — a ja dodatkowo mam smykałkę do naprawiania tego i owego. Mogę zapewnić, że ani przez tę tarczę nie przejdzie żaden pocisk, ani żadna twoja własność nie ucierpi trwale.
Sięgnął po tablet, przysunął go do siebie, żeby następnie przejechać opuszkami palców po pęknięciu, zostawiając nienaruszone szkło. W błękitnych oczach Liliana pojawił się błysk. Muzyk wziął do rąk urządzenie, sprawdził je dokładnie wzrokiem, na co demon uśmiechnął się dumnie.
— Ty masz złoty lakier, ja mam złote rączki. — Pomachał palcami.
Tamten popatrzył wpierw na niego, potem na swoje pomalowane paznokcie, potem znów na ogoniastego. Wyświetlił jeszcze raz CV, przeleciał wzrokiem tekst.
— Myślę, że możemy rozpocząć od okresu próbnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz