22 listopada 2025

Od Ignisa – Światło

Scaldor siedział na łóżku, po raz ostatni patrząc na „swój” pokój. Marnotrawczo przestronny, sterylnie jasny, pełen geometrycznej nowoczesności, zimny w ten bezduszny, odstręczający sposób, nigdy nie był dla niego bezpiecznym sanktuarium. Przypominał mu raczej klatkę, ale taką wystawową, w której właściciel stworzył estetyczną zawartość dla okazu, komponującą się z jego umaszczeniem, lecz w większości nieprzydatną i bezużyteczną, a już na pewno nie dającą żadnego komfortu. Młody mężczyzna popatrzył na odtwarzacz muzyki, jedyny element mający tu jakąkolwiek duszę, i otaczające go równiutkie wieżyczki płyt – tego jednego będzie mu brakowało, wiedział jednak, że nie na długo. Stery życia już tkwiły w jego dłoniach, on zaś czuł, że ma wystarczająco dużo silnej woli, by prowadzić to życie ku realizacji marzeń.
To właśnie to, jego marzenia i wyobrażenie o tym, czego pragnie i co w końcu się ziści, utrzymywały jego umysł w ryzach, sprawiając, że nie posypał się do reszty, gdy przygotowując go do wkroczenia w dorosłość, jego rodzice coraz bardziej dokręcali śrubę. Lekcje dotyczące ekonomii i finansów, do niedawna w całości prowadzone pod opieką nauczycieli, zaczęły stopniowo zmieniać się w coś w rodzaju praktyk i o ile Scaldor jakoś radził sobie na zajęciach, o tyle praktyki sprawiały, że wszystko w jego wnętrzu protestowało, gdy musiał zajmować się przewidywaniami giełdowymi i spekulacjami. Miał poznać od podszewki firmę prowadzoną przez ojca. Jak na razie zdołał pobieżnie obejrzeć co poniektóre działy, to jednak wystarczyło mu w całości i im więcej czasu tam spędzał, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że życie zgodnie z wolą rodziców po prostu by go zabiło.
Scaldor popatrzył po swym dobytku. Nie było tego wiele, tych prawdziwie należących do niego rzeczy, bo tego, co kupowali mu regularnie rodzice, nigdy nie potrafił uznać za naprawdę swoje.
Gitara spoczywała tuż obok. Dostał ją od pana Macleoda i jakimś cudem rodzice nie postanowili mu jej wyrzucić, chociaż może była to kwestia hipnotycznego głosu drugiego muzyka i czarownej opowieści o tym, skąd gitara pochodzi. Scaldor nie wnikał w to, ile w owej opowieści było prawdy. Dla niego liczyło się tylko to, że instrument śpiewał w jego dłoniach i należał tylko do niego.
Prócz gitary Scaldor miał tylko najpotrzebniejsze rzeczy – jedna zmiana ubrań, wyświechtany plecak, dokumenty. Nic więcej. Żadnych pieniędzy, żadnych bibelotów, pamiątek, niczego, co przypominałoby mu o domu. Ubrania, które kupił sam, za pieniądze, które sam zarobił, podobnie jak i plecak, bez dokumentów zaś nigdzie by się nie ruszył. I tyle. Miał tu już nigdy nie powrócić.
Wiele razy myślał o tym dniu i za każdym razem wyglądał on w jego wyobrażeniach inaczej. Czasem kłócił się spektakularnie z rodzicami, wykrzyczawszy im w twarz wszystkie swe emocje, ukazując serce, które mimo wszystko nie dało się stłamsić i ogień, który nie dał się ugasić. Czasem mu odpowiadali – czuli się zranieni, mówili że nie wiedzieli i że chcieli dla niego jak najlepiej. Czasem go wyśmiewali, mówili, żeby wrócił do swojego pokoju i przemyślał swoje zachowanie, że się wygłupia i żeby poszedł po rozum do głowy. Czasem nic im nie mówił, uciekał po prostu, pod osłoną nocy, przez okno, niczym złodziej na filmie akcji, próbując nie włączyć po drodze żadnego alarmu.
Rzeczywistość nie miała jednak przypominać żadnego z jego wyobrażeń. Scaldor spakował się, wrzucił rzeczy byle jak do plecaka, starannie zamknął futerał gitary. Spojrzał na swoje biurko.
Leżała tam pojedyncza kartka – nieskazitelny, biały papier, gruby i gładki, idealny do tego, by z gracją mknęła po nim stalówka drogiego pióra. Scaldor podszedł, chwycił to pióro, wypełnione nienawistnie niebieskim, profesjonalnym tuszem, następnie zaś nagryzmolił jedno słowo tak, że atrament prysnął, usmarował też blat biurka.
Odchodzę
Oczywiście, że kiedyś w myślach układał sobie ten list do rodziców, pisał go nawet, za każdym razem jednak kończył spaliwszy kartkę. Długie zdania nie potrafiły przekazać jego uczuć i Scaldor czuł, że tym razem to ten jeden akord i następująca po nim cisza będzie tym, co wyrazi go najlepiej.
A potem wyszedł z pokoju, podążył absurdalnie długim korytarzem, przeciął niepraktycznie wielki salon. Dom był cichy, jak zawsze o tej porze, lecz Scaldor nawet nie udawał, że sam stara się być cicho. I tak nikt go nie usłyszy. Nikt go tutaj nie słuchał.
Otworzył drzwi wejściowe i wyszedł w noc.


Nie miał biletu i nie miał na bilet. Na cmentarz szedł więc pieszo.
Znalezienie rodzinnego mauzoleum nie było proste, szczególnie po ciemku, gdy jedyne, co oświetlało mu drogę, to płonące tu i tam znicze. Nikt nie zgarnął go za włóczenie się wśród grobów w środku nocy chyba tylko dlatego, że strażnik cmentarza niespecjalnie przykładał się do swojej pracy. Scaldor błądził trochę, lecz w końcu błyszczący masyw mauzoleum ukazał mu się w pełnej krasie. Czarny granit, starannie wypolerowany, pretensjonalnie wielki, niewspółmierny do pustki, którą zawierał. Mauzolea starych rodów miały w sobie chociaż historię, zamykały w sobie dzieje tych, którzy już dawno przeminęli. Na ich tle mauzoleum Fuegisów było jedynie wydmuszką, wielkim gestem ojca aspirującego do bycia czymś, czym nigdy nie miał się stać.
Scaldor podszedł, pchnął drzwi, te zaś otworzyły się przed nim bezszelestnie. Genashi wyciągnął dłoń, przyzwał niewielki płomień i wszedł do ciemnego, lodowatego wnętrza.
Jego własne imię, wraz z datą urodzenia i miejscem na datę śmierci, widniało pod pustą jamą czekającą na trumnę. Scaldor westchnął, po raz kolejny uświadamiając sobie, jak bardzo jego rodzice zaplanowali mu życie, jak starannie wyznaczyli jego przeznaczenie, krok po kroku, rok po roku, aż jego czas na tym świecie się skończy. Zadecydowali nawet o tym, gdzie spoczną jego szczątki.
Podszedł bliżej, przesunął dłonią po złotych literach. Metal był tak zimny, że pożerał ciepło z jego dłoni. A potem Scaldor skierował swą uwagę na wciąż pustą datę śmierci. Wyciągnął z kieszeni zgarniętą po drodze gałązkę i pozwolił, by towarzyszący mu płomień zajął się jej końcem. Ogień szybko pożarł drewno, obrócił je w czarny, gorący węgiel, wciąż tlący się na końcu, gdy Scaldor go zdmuchnął. Węgiel syknął, gdy przyszły muzyk przytknął go do przemarzniętego kamienia.
Ostatni dzień września, dzień urodzin i śmierci Scaldora, daty odległe od siebie o osiemnaście lat, wyznaczały granicę marzeń i planów jego rodziców. Nie było już ich syna, wszystkie plany rozsypały się w pył i proch.
Gdzieś w oddali wybiła właśnie północ.


Wschód słońca przychodził powoli.
Młody mężczyzna siedział na kamiennych stopniach, oparty o chłodny kamień, patrząc w kierunek, z którego miało przyjść do niego światło. Czekał.
Niebo zmieniało kolor – od czerni po głębokie szarości, purpurę i róż, jak gdyby wszechświat powoli zapalał jedną świecę za drugą, on zaś obserwował to, trwając w bezruchu, choć każde włókno jego ciała drżało w oczekiwaniu.
A potem pierwsza linia słońca przesunęła się nad horyzont.
Poczuł gorące promienie na swej twarzy, na skórze, na chwilę oślepiły go, nim otworzył znów oczy, zobaczył świat na nowo. Światło zalewało cmentarz, obejmowało go swym złotem i ciepłem. Przeszłość pozostała w cieniu, tam, gdzie było jej miejsce, światło zaś obudziło kogoś nowego.
Ignisa.
Promienie słońca wyciągnęły się za nim, gdy ruszył w drogę, a jego cień, olbrzymi o wschodzie słońca, rozciągał się daleko, niczym enigmatyczna obietnica, niczym droga, którą przeznaczone było mu przejść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz