Słońce już zdążyło zniknąć za horyzontem, nie pozostawiając po sobie nawet resztek łuny. Panowała godzina psa
od 22:00 do 00:00
, ostatnia przed północą. Wszyscy ze służby zakończyli swoje prace na dzisiaj i teraz przebywali w wydzielonym dla siebie budynku, korzystając z czasu na odpoczynek, jaki mieli do wchodu. Nikt z rodziny królewskiej nie zamierzał nigdzie wychodzić, zapewne już leżąc pod ciepłą, jedwabną pierzyną po jakże ciężkim dniu pachnienia i wyglądania. Na zewnątrz pozostali jedynie pełniący nocną wartę członkowie Sumungun
oddział w straży królewskiej pilnujący bram
, niewzruszenie stojąc przy bramach Gyeongbokgung, oraz żołnierze z Naegeumwi
(czyt. negymłi) – oddział straży królewskiej dbający o bezpieczeństwo rodziny królewskiej
, patrolujący alejki. Szykowała się typowa noc.
Jeden ze strażników spacerował spokojnym krokiem, za plecami w dłoniach trzymał niedługą pochwę z mieczem, jak gdyby nie pilnował terenu, a się po nim jedynie przechadzał. Mierzył spojrzeniem otaczające go budynki, nie oświetlał sobie drogi lampą ani chociażby pochodnią, co było trochę niecodzienne. Z drugiej strony księżyc tej nocy jasno świecił niemal pełną tarczą, więc nie istniała potrzeba tak mocnego wytężania wzroku, by cokolwiek dostrzec.
Cheoryeon zgodnie ze swoim postanowieniem wyszedł w nocy na zewnątrz, by zbadać teren, na którym miał działać przez najbliższe dni. Oczywiście wcześniej powiadomił o tym inspektora Kima, przypominając, że ze swoimi jasnowidzącymi oczami być może dostrzeże to, co umknęło reszcie. Miało się w końcu możliwość wykrywania śladów magii, mocy czy bytów niewidzialnych dla śmiertelnego oka. A poza tym chciał po prostu sobie połazić, rzadko bowiem zdarzała się okazja zawitania w progach pałacu rodziny królewskiej jakiegokolwiek kraju. Trzeba było w pełni z tego korzystać.
Oczywiście tej części już nie wyjawił.
Amhaengeosa zgodził się na jego nocny patrol, lecz zabronił mu wychodzić w swoim odzieniu. Gradientowy hanbok
ogólne określenie na tradycyjne koreańskie stroje
nie tylko wskazywał na niepowiązanie Cheoryeona z Gyeongbokgung, ale też ogólnie rzucał się w oczy. Żadne zwiady nie pozwalały na przyciąganie wzroku. Złotoskrzydły zgodził się z nim od razu, nawet dodał, że ze swą siostrą już dawno o tym pomyśleli. W tym momencie Suyeon przywołała iluzję, która zakryła obecne ubrania brata strojem członka gwardii.
A inspektor na to:
— Andwaeyo
(czyt. andłejo) – tu: nie ma mowy
.
Cheoryeon przestał się okręcać, falujący za nim materiał zatrzymał się krótko potem.
— Dlaczego? — Uniósł brwi. — Przecież wyglądam dobrze.
— Czary mogą cię zawieść. Jeśli znikną, wyjawisz swoją prawdziwą tożsamość.
— Jako jeomjaengi znam się na czarach, w dodatku tych mojej siostry, toteż wiem, że mnie nie zawiodą.
Stanął prosto ze skrzyżowanymi rękami na piersi.
Mężczyzna jednak był nieugięty.
— Przezorny ubezpieczony. Przyniosę ci kunbok
strój żołnierza
Naegeumwi oraz przepustkę ode mnie, którą pokażesz innym strażnikom, jakby cię chcieli przepytać. W ten sposób nikt nie przeszkodzi ci w oględzinach.
Słysząc te słowa, Cheoryeon zerknął na Suyeon, porozumiewawczo wymienili się spojrzeniami. Złotoskrzydły jeszcze chwilę temu chciał się wykłócać, ale propozycja inspektora była dość sprytna. Yogwe
(czyt. jogłe) – ogólne określenie na nadnaturalne byty, odpowiednik japońskiego yōkai
i osoby parające się magią, nawet jeśli ukryte, istniały w Joseon, a Złotoskrzydły nie miał z nimi jeszcze do czynienia, więc istniało ryzyko, że ktoś okaże się zdolny do przejrzenia iluzji. Co jak co, ale nie mógł już na wstępie się wydać, a na pewno nie w czasie nieobecności króla. Dlatego założenie prawdziwych ubrań dawało mu większe szanse na poruszanie się po terenie Gyeongbokgung bez przyciągania niepotrzebnej uwagi.
Przystał zatem na ofertę. Grzecznie poczekał na strój, przebrał się zgodnie z instrukcjami inspektora, schował do kieszeni otrzymane mapae (niestety tylko z dwoma końmi). Suyeon postanowiła jedynie zamaskować mu szarą tęczówkę, żeby nikt za bardzo się nią nie zainteresował, a także przysłonić jego białooką energię. Na koniec jeszcze amhaengeosa dał mu pochwę z mieczem, mówiąc, że jakby bez niczego chodził, to byłoby to podejrzane.
Złotoskrzydły spuścił wzrok na kaljip
(czyt. kaldzip) – pochwa na miecz; jeśli chcecie fun fact, to zapodam go na Discordzie hoo
, usta wygięły się w lekki, acz nieco pyszny uśmieszek. Dostał właśnie broń królewskich ochroniarzy? Co za dar! Nie spodziewał się, że inspektor Kim będzie mu aż tak ufał. Prawdą jednak było, że Cheoryeon to niesamowity jeomjaengi i w niezwykle ważnej sprawie znalezienia potencjalnego zabójcy króla potrzebował czegoś do własnej ochrony. Może po całym terenie chodzili uzbrojeni strażnicy, lecz nadal istniało ryzyko, że ktoś niezwykle sprytnie przejdzie przez martwe strefy.
Złapał za rękojeść, wyciągnął broń. Zastygł w kompletnym bezruchu.
Jego oczom ukazała się drewniana głownia.
Aha.
— Chyba nie myślałeś, że dam ci prawdziwą broń — usłyszał od inspektora.
Wyjrzał na niego spod ronda jeonrip.
— Keureomyo
(czyt. Kyromjo) – tu: w rzeczy samej
— odparł profesjonalnym tonem, z powrotem chowając miecz.
Czego więcej mógł oczekiwać od zwykłego śmiertelnika, o którego statusie decydowała raptem odznaka z wytłoczoną na niej trójką koni, niepodpisana nawet jego nazwiskiem?
W ten oto sposób był gotowy do swego własnego patrolu.
Noc była dosyć spokojna. Jak w każdym mieście, wsi czy innym cywilizowanym miejscu położonym na ziemiach Joseon, w Gyeongbokgung również o tej porze panowała względna cisza. Znaczna większość bywalców spowita już była głębokim snem, Cheoryeon zatem mógł swobodnie przemierzać ścieżki.
Pałac po zmroku prezentował się nieco inaczej niż za dnia. Kolory nie były aż tak wyraźne, aczkolwiek kształty i rzeźbienia wciąż całkiem dobrze podkreślały bogactwo tego miejsca. Przy głównych uliczkach światło razem z księżycem dawały rozpalone świece lamp, okazjonalnie dało się dostrzec patrolujących Naegeumgwi. Złotoskrzydły sprawnie unikał bezpośredniego spotkania z nimi, na razie chcąc ten etap zostawić na kiedy indziej.
Przechadzał się spokojnie, gdy nagle kątem oka dostrzegł jakiś ruch w oddali. Przystanął, odwrócił głowę. Coś przemknęło, zniknęło za drzwiami niewielkiego budynku. Coś... lub raczej ktoś. Ktoś ewidentnie się zakradł do środka, a w ten sposób po terenie Pałacu przemieszczali się tylko ci, którzy knuli niedobre rzeczy.
To pora, by Wielki Jeomjaengi Moon Cheoryeon wykonał swój ruch!
Możliwie jak najciszej podszedł do budynku. Po tej stronie nie było żadnych okien, a te i tak nie pozwalały na podglądanie bez zrobienia dziury w papierze, więc ostrożnie otworzył drzwi, cały ten czas pilnując w przyszłości, czy nie czekała na niego pułapka. Zajrzał do środka, zmierzył wzrokiem półki, kosze i skrzynie z zapasami owoców, warzyw, ziół, korzeni i innych składników.
Cisza.
Prześlizgnął się przez próg, zamknął za sobą drzwi. Bardzo powoli zaczął stawiać kroki, uważnie się rozglądając i nasłuchując otoczenia. Czuł energię, choć podejrzanie stłumioną, wiedział, że ktoś przebywał w środku. Kto o tej porze mógł się tu szwendać?
O tym miał się przekonać lada moment.
Doczepione do jeonrip korale zatańczyły za jego ruchami, gdy wyskoczył zza regału. Niczym doświadczony wojownik dobył miecza, jednak jeszcze nie odrzucił w kąt pochwy. Bez najmniejszego zawahania wycelował drewnianą klingą w stojącego przed nim mężczyznę. Tamten zareagował równie szybko, wyciągając przed siebie własny miecz. Mgliste, obosieczne ostrze skierowało swój ostry koniec prosto w postać Złotoskrzydłego, długością zaledwie dłoni oddalone od szyi.
Dwójka zastygła w kompletnym bezruchu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz