23 listopada 2025

Od Isidoro – Pole

Wieczorne słońce Sallandiry wlewało się przez zaklęty kryształ okien, malując zdobną posadzkę odcieniami płynnego złota. Światło sączyło się leniwie między kolumnami z czerwonego porfiru, znacząc swą wędrówkę po pokrytych mozaikami ścianach – tysiące maleńkich płytek z malachitu, lapis-lazuli i macicy perłowej układały się w sceny z sallandirskich legend. Nie brakowało tam złocistych sfinksów o lśniących skrzydłach i płowych grzywach, nie brakowało efemerycznych dżinów ani płomiennych ifrytów.
Prywatne apartamenty księcia zajmowały całe wschodnie skrzydło pałacu, lecz ta komnata – sala gier i rozmów, jak ją nazywał Serafin – należała do najbardziej prywatnej części. Sufity pokrywały tu geometryczne wzory z cedrowego drewna, w wieczornym cieple pachnącego jeszcze żywicą mimo upływu dziesięcioleci. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki uginające się pod ciężarem ksiąg, zwojów i osobliwości zebranych z całego znanego świata – tu zaklęta perła wydobyta z morskich głębin, tam kryształowa figurka o nienazwanej barwie, zaraz obok sztylet o rękojeści z kości smoka, pamiątka po jakiejś dawnej wyprawie.
Podłogę wyścielały dywany, tak gęste i miękkie, że bose stopy tonęły w nich niczym w kobiercach mchu. Między poduszkami z jedwabiu, szkarłatnymi, złotymi i purpurowymi, stały niskie stoliki z kutego brązu, na jednym z nich zaś spoczywała szachownica z hebanu i bursztynu, jedyna rzecz w pokoju, wydająca się zupełnie prosta i pozbawiona ozdób. W prywatnych apartamentach księcia powietrze pachniało cedrowym kadzidłem, starymi księgami i nieujarzmioną magią – zapachem, który Isidoro zdążył polubić podczas swojego pobytu w pałacu.
Serafin przesunął obelisk z ostatecznością wydawanego wyroku. Jego oczy – tak ciemne, że niemal czarne – śledziły oblicze jasnowidza, próbując odczytać jego reakcję.
— Tracisz kolejny rydwan — oznajmił książę, obracając w złotych szponach zbitą figurkę. Na jego ustach błąkał się cień uśmiechu. — To już trzeci.
Isidoro skinął głową, jakby książę informował go o aktualnej godzinie, jakby strata była nieistotnym szczegółem. Blade palce zawisły nad skarabeuszem.
— Wiem.
— Wiesz? — Serafin uniósł brew, rozpierając się wśród poduszek. — Myślałem, że jasnowidze unikają przegranych pozycji.
— Jasnowidzenie nie działa w ten sposób, książę. — Isidoro w końcu ruszył skarabeusza, pozornie bez sensu, o jedno pole do przodu. — Widzę możliwości, nie pewniki. Poza tym... — urwał, a jego spojrzenie na moment odpłynęło gdzieś poza szachownicę, poza pokój, gdzieś w stronę odległego horyzontu — ...czasem najbardziej wartościowa ścieżka prowadzi przez pozorne straty.
Serafin parsknął krótkim śmiechem i sięgnął po rzeźbiony metal kubka z mocną kawą.
— Wymówka przegrywającego.
— Być może.
Przez chwilę grali w milczeniu. Za oknami słońce opadało coraz niżej, zabierając z sobą ciepło, pozwalając krainie odetchnąć chłodem znad pustyni. Zaklęte lampy przebudziły się niespiesznie, sącząc narastający stopniowo blask, subtelnie zastępując słońce. W Sallandirze magia była wszędzie, wpleciona w codzienność niczym nici w tkaninę. Iluzje przyciągały klientów do sklepów, drzwi otwierały się wyczuwając wolę przechodnia, a schody lewitowały ku wyższym piętrom, skracając wszędzie drogę. A w centrum tego wszystkiego siedział Serafin – arcymag, książę krwi, człowiek, którego sama obecność sprawiała, że powietrze wydawało się gęstsze od magii.
— Dlaczego zacząłeś praktykować magię? — zapytał nagle Isidoro, zbijając skrybę Serafina własnym, jedynym pozostałym.
Książę zmrużył oczy.
— Co to za pytanie?
— Zwykła ciekawość. — Isidoro uśmiechnął się łagodnie. — Nawet jasnowidzom zdarza się czasem po prostu pytać.
Serafin milczał przez moment, bębniąc złotymi szponami po krawędzi stołu.
— Moc — powiedział w końcu bez wahania. — Magia to najpotężniejsza siła, jaka istnieje. Zmienia rzeczywistość samą w sobie, więc kto ją opanuje, może... — zawiesił głos, gestem posłał jedną ze zbitych figurek do pudełka — ...kształtować świat.
— Nie chronić? Nie pomagać?
— To skutki uboczne. — Książę wzruszył ramionami i ruszył wezyra, zabierając jednego z ostatnich skarabeuszy Isidoro. — Owszem, chronię Sallandirę. Owszem, moja magia jest nieocenioną kotwicą stabilności tego kraju, trzyma wszystkich tych bęcwałów w ryzach, bo boją się mojego gniewu. Ale nie dlatego staram się ją poznać.
Isidoro pokiwał powoli głową, jakby ta odpowiedź coś w nim potwierdzała.
— Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem… Nie, to był ten najwcześniejszy moment, gdy widziałem przepływ magii i to zapamiętałem — powiedział cicho Isidoro, przesuwając obelisk w miejsce, które Serafin natychmiast ocenił jako pozbawione sensu. — Miałem może sześć lat. Stałem na pasach, gdzieś w Luminarii, a obok przechodził jakiś przypadkowy człowiek, nawet nie pamiętam jego twarzy. Rzucił proste zaklęcie, zwykłe światło, nic więcej, żeby poświecić sobie na mapę. Ale ja... — urwał, szukając właściwych słów — ...ja dostrzegłem w tym coś innego. Jak czerpie z czegoś większego, z oplatającej wszystko sieci. Długo potem nie mogłem zasnąć, to nie dawało mi spokoju.
— Stąd wzięło się twoje zainteresowanie magią?
— Stąd wzięło się moje zainteresowanie matematyką i fizyką. — Isidoro uśmiechnął się. — Zainteresowanie magią przyszło do mnie wtedy, gdy nie mogłem już dłużej ignorować własnej odmienności. Ale matematyka... matematyka pozwala opisać to, co jest prawdą w sposób, którego nie oferuje żaden inny język. Przenieść wizje na papier, znaleźć wzory w chaosie.
Serafin zmarszczył brwi.
— Do czego zmierzasz?
— Magia nie jest przypadkowa, książę. Ma strukturę. Reguły. — Isidoro pochylił się nad szachownicą, choć jego słowa wyraźnie dotyczyły czegoś więcej niż gry. — Większość magów czuje to instynktownie, ale…
Arcymag przerwał mu poirytowanym prychnięciem.
— Rozczarowujesz mnie, Isidoro. Sam cię tych reguł uczyłem, gdy przybyłeś do mnie nieporadny niczym nowo narodzony wielbłąd.
Jasnowidz potrząsnął głową.
— Chodzi mi o źródło magii.
— Źródła magii to jeden z pierwszych rozdziałów w książeczkach dla dzieci.
— Źródła. Nie źródło.
Krótka pauza, kubek z kawą zawisł w powietrzu, Serafin spojrzał na drugiego mężczyznę zupełnie innym wzrokiem.
— To pytanie z pogranicza starożytnej magii i filozofii.
— I to mnie właśnie fascynuje. Nie sama moc, lecz pytania, które za nią stoją. Skąd się bierze? Dokąd zmierza? Jaki jest jej kształt, jej granice? — Przesunął rydwan, ostatnią większą figurę, jaka mu pozostała. — Dla ciebie magia to narzędzie. Dla mnie to zagadka. I chyba dlatego...
Urwał, jakby zawahał się przed dokończeniem myśli.
— Dlatego? — ponaglił Serafin, pochylając się lekko do przodu.
— Dlatego tak łatwo mi przegrywać. — Isidoro wskazał szachownicę, swoją zdziesiątkowaną armię. — Gubię się w możliwościach. Każdy ruch pokazuje mi setki innych ruchów i wariantów wydarzeń, które mogłyby nastąpić. Widzę konsekwencje, szanse, rozgałęzienia. A ty... — podniósł wzrok na księcia — ...ty po prostu działasz. Podejmujesz decyzję i idziesz dalej.
Serafin roześmiał się, odstawił kawę.
— A więc to komplement? Przez chwilę myślałem, że próbujesz mnie obrazić swoją filozofią.
Jasnowidz pokręcił głową z uśmiechem.
— Obserwuję. To zupełnie co innego.
Gra toczyła się dalej. Serafin grał agresywnie, jak zawsze – jego wezyr i dwa obeliski kontrolowały centrum planszy, wypierając szczątki armii Isidoro. Jasnowidz zaś odpowiadał ruchami, wyglądającymi na desperackie, chaotyczne, jakby próbował jedynie odwlec nieuniknione.
— Wiesz, co mnie w tobie zadziwia? — zapytał Serafin, zbijając kolejnego skarabeusza.
— Co takiego?
— Nie próbujesz mnie pokonać.
Isidoro uniósł wzrok znad szachownicy.
— To znaczy?
— Większość ludzi, grając ze mną, albo próbuje wygrać i coś mi udowodnić, albo spektakularnie się podkłada i liczy na to, że nie zauważę. — Książę wskazał rozmieszczenie figur. — Ty robisz coś innego. Jakbyś... coś testowa. Sprawdzał, jak zareaguję.
— Może po prostu źle gram.
— Może — powiedział powoli Serafin, przechylając głowę. — Ale jakoś w to wątpię.
Isidoro nie odpowiedział. Patrzył tylko w planszę, zastygły w głębokim zamyśleniu, nim wykonał ruch.
Skryba wylądował na pozornie bezsensownym polu. Serafin zmarszczył brwi.
— Co to ma być?
— Ruch.
— Absurdalny.
— Wiem.
Książę pokręcił głową z politowaniem i ruszył wezyra, rozpoczynając niemal podręcznikowy szach. Isidoro odpowiedział ucieczką faraona w róg. Serafin ściągnął brwi, coś licząc w myślach, i ruszył obeliskiem.
— Szach.
Faraon Isidoro znów uciekł, tym razem na jedyne wolne pole. Serafin uśmiechnął się drapieżnie i sięgnął po drugi obelisk, gotowy zakończyć grę.
— Na pewno? — spytał jasnowidz, patrząc na księcia, gdy na dnie błękitnego spojrzenia tańczyło długo skrywane rozbawienie.
Złote szpony zamarły, wzrok księcia przeskakiwał szybko po planszy, po uśmiechu nie został nawet ślad.
— Co to ma być? — spytał, marszcząc brwi.
Pokorny skryba Isidoro, ten „absurdalnie” ustawiony, blokował jedyną linię ucieczki czarnego króla. Skarabeusz, którego jasnowidz bezsensownie przesunął parę ruchów temu, teraz odcinał przekątną. A obelisk – jedyny ocalały – stał dokładnie tam, gdzie musiał stać, żeby po ruchu Serafina zamknąć pułapkę.
— Szach mat — powiedział cicho Isidoro.
Serafin milczał przez chwilę, nim wybuchnął śmiechem.
— Od ilu ruchów to planowałeś?
— Od samego początku. — Isidoro wzruszył ramionami, ale w kącikach jego ust czaił się uśmiech.
— Ha! — Książę opadł na poduszki, wciąż rozbawiony. — Przez cały czas myślałem, że rozgrywam cię jak dziecko, a ty... — machnął dłonią w stronę planszy — ty widziałeś to wszystko od początku?
— Nie wszystko. Widziałem możliwość. Musiałem sprawdzić, czy ją podejmiesz.
— I podjąłem.
— I podjąłeś.
Serafin pokręcił głową, sięgnął po kawę. Wypił długi łyk, po czym spojrzał na jasnowidza z nowym wyrazem twarzy — nie już tylko z rozbawieniem, ale z czymś głębszym. Jakimś rodzajem zastanowienia.
— Wiesz, co widzę, patrząc na tę planszę? — zapytał w końcu.
— Powiedz mi.
— Nie. — Książę pochylił się do przodu, jego oczy błyszczały w świetle kryształów. — Widzę siebie. Całe moje podejście do magii, do władzy, do życia. Agresja, dominacja, kontrola. Zbijam wszystko, co stoi mi na drodze. Zajmuję centrum, wypycham przeciwnika na marginesy. I przez cały czas jestem przekonany, że wygrywam.
Isidoro milczał, słuchając.
— A potem przychodzisz ty. — Serafin wskazał jasnowidza gestem. — Z twoimi pytaniami o istotę magii, twoimi wzorami i równaniami, twoim... jasnowidzeniem. I pokazujesz mi, że cały czas patrzyłem w złą stronę.
— To tylko gra, książę.
— Nic nie jest tylko gra. — Serafin wstał i podszedł do okna. Za nim rozpościerała się panorama Sallandiry – tysiące świateł w nocnej ciemności, wieże pałaców i kopuły świątyń, a dalej nieskończony piasek pustyni. — Wiesz, dlaczego nie kazałem cię stracić, gdy tylko pojawiłeś się mi się pod nogami, nie mówiąc w żadnym ludzkim języku?
Isidoro uśmiechnął się, kolczyk w kształcie księżyca błysnął swą niezwykłą magią.
— Bo potrzebujesz kogoś, kto patrzy tam, gdzie ty nie patrzysz.
Serafin skinął głową.
— Przez całe życie byłem najpotężniejszy wszędzie, gdzie tylko się pojawiałem. Moja magia, wola, pozycja... Sallandira kwitnie, mimo politycznych i magicznych bęcwałów na każdym rogu. Ale... — zawiesił głos — ...są rzeczy, których czysta moc nie potrafi zobaczyć.
Wrócił do szachownicy i usiadł, tym razem obok Isidoro, nie naprzeciwko.
— Ty widzisz przepływy tam, gdzie ja widzę tylko efekty. Pytasz „dlaczego” tam, gdzie ja pytam „jak mocno”. Dostrzegasz ukryte ścieżki tam, gdzie ja widzę tylko przeszkody do zniszczenia i drzwi do wyważenia. — Uśmiechnął się krzywo. — I szczerze mówiąc, niezmiernie mnie to irytuje.
— Mam się bać?
— To komplement. — Serafin prychnął. Brzmiało to trochę jak śmiech. — Potrzebuję kogoś, kto mnie irytuje widzeniem tego, czego ja nie widzę. Kto gra z wizją niemożliwego, podczas gdy ja brutalnie zabieram kolejne figury. — Spojrzał Isidoro prosto w oczy. — Potrzebuję ciebie.
Jasnowidz milczał przez długą chwilę. Za oknami wiatr niósł piasek pustyni, odwieczny i niezmienny.
— To nie znaczy, że masz rację — powiedział w końcu Serafin, wracając do swojego zwykłego, pewnego tonu. — Nadal uważam, że moc jest najważniejsza, a kontrola i dominacja to właściwa ścieżka dla arcymaga. Twoje filozoficzne pytania są często stratą czasu.
— Wiem.
— Ale razem... — książę urwał, jakby smakował tę myśl — ...razem możemy być czymś więcej niż każdy z nas osobno. Moja moc i twoja intuicja. Moja wola i twoja empatia. Moja magia i twoje równania.
Isidoro skinął powoli głową.
— Miecz i kompas.
— Dokładnie. — Serafin uśmiechnął się, znów drapieżnie, lecz tym razem na dnie skrywała się ekscytacja. — Miecz bez kompasu błądzi. Kompas bez miecza może tylko pokazywać drogę, którą nigdy nie przejdzie. Ale razem...
— Razem można zwiedzić świat?
— Podbić. — Książę wzruszył ramionami. — A potem pozwiedzać, jeśli najdzie nas fantazja.
Isidoro roześmiał się cicho.
— Chyba mogę z tym żyć.
— Doskonale. — Serafin sięgnął po szachownicę i zaczął ustawiać figury od nowa. — W takim razie rewanż. I tym razem ostrzegam, będę cię pilnował od pierwszej tury.
— To ci nie pomoże.
— Udowodnij.
Za oknami pałacu noc Sallandiry płynęła dalej – tysiące lat historii, magii i piasku. A w prywatnych komnatach księcia dwaj mężczyźni, różni jak gorejące słońce i milczący księżyc, pochylili się nad szachownicą, gotowi rozpocząć kolejną partię.
I może, pomyślał Isidoro, ustawiając pierwszego skarabeusza, to właśnie jest prawdziwa magia – nie sama moc ani samo zrozumienie, ale to, co rodzi się, gdy jedno spotyka drugie.
Różnica, która staje się całością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz