Problem z rockerboyami, muzykami, i innymi takimi typami był taki, że szybko się wypalali. Scena, gorąca jak świeży metal, duszna jak zaułek Pacifici, nie trzymała w swoich sidłach nikogo na długo. Albo rockerboyom samym udawało się uciec z objęć niewygodnej sławy, albo ich renoma robiła to za nich.
Bernard de la Vega był w takim razie perfekcyjnym przykładem swojej klasy. To muzyka wyciągnęła go ze slumsów, ale i muzyka zabrała mu wszystko sprzed nosa.
Mimo wszystko nie potrafił się jej pozbyć. Goniła za nim jak cień. Nawet teraz, w wagonie pełnym ludzi, zatęchłym potem i metalicznym zapachem przepalonych obwodów, w słuchawkach dudniła mu ciężka melodia, zagłuszająca otoczenie. Nie mógł od niej uciec.
Metro jęknęło hamulcami, wagonik zatrząsł się na monolinii. Znudzony, robotyczny głos wyrecytował przystanek. Megablok H7. Stacja końcowa. Pierwsza i ostatnia w Rancho Coronado.
Bernard ruszył przed siebie bez namysłu. Znał tę drogę na pamięć, równie dobrze mógłby iść z zamkniętymi oczami. Prawo, lewo, schodami w górę, potem jedna winda, druga, trzecia, dwa skręty w lewo i jest pod drzwiami swojego apartamentu. Santo Domingo nie było najprzyjemniejszą z dzielnic Night City, ale hej, czynsz był do przełknięcia, a w dodatku Bernardowi trafiło się mieszkanie z oknem. Z oknem! Co prawda okno wychodziło na szkielety fabryk w Arroyo, ale między tym a obserwowaniem wygodnych domów w Rancho Coronado, Bernik zdecydowanie wolał dym i migające światła. Przynajmniej nie musiał oglądać tego, o czym kiedyś tak marzył. Patrząc na Arroyo mógł czuć jedynie ulgę, że nie skończył pod jedną z ciężkich fabrycznych maszyn. W każdym razie miał w ogóle okno. W tych czasach trudno było o takie luksusy.
W tych czasach trudno było o jakiekolwiek luksusy. Może i nigdy nie był wielką gwiazdą, ale Bernikowi udało się musnąć nieboskłon. Imprezy, alkohol na zapleczach, koncerty pełne rozkrzyczanych, głodnych prawdy słuchaczy. Nowa cybernetyka, której nie trzeba było spłacać na raty. Auto, które się nie rozpadało. Teraz wszystko padło w zapomnienie.
Bernard rzucił okiem na panoramę za oknem. No, może nie wszystko.
Na jednej z holo reklam, mieniących się wzdłuż drapaczy chmur, migotał szeroki uśmiech jego przyjaciela. Byłego przyjaciela. Chociaż w sumie przyjaciel to za mało powiedziane.
Artur szczerzył srebrne zęby, zaciskając cybernetyczne palce na mikrofonie. Za nim, każdy w innym kolorze, stali inni członkowie zespołu. Zespołu Bernarda. Bo to on go założył. On go założył i on został z niego wypierdolony. Na zbity pysk. Nie zostało mu nic.
Wypalony rockerboy, nieudany solonajemnik do brudnej roboty, pracujący najczęściej w pojedynkę, skąd nazwa solo, któremu nikt nie chce załatwić ani pół kontraktu. Jak tak dalej pójdzie i z tego mieszkania go wyrzucą. Kto wie, czy w ogóle znajdzie inny dach nad głową, na który byłoby go stać. Może skończy na ulicy, żebrząc o skrawki jedzenia i drobniaki.
Zrobiło mu się niedobrze na tę myśl. Nie, nie po to wrócił do miasta z podkulonym ogonem, żeby znowu z niego uciekać.
Zanim jednak Bernik mógł zacząć użalać się nad sobą w pełni, jego holo rozświetliło się wściekłym neonem, dzwonek smętnie wyjęczał melodie, a w rogu jego wzroku wyświetliło się nadchodzące połączenie.
Mathilde. Jego fixer pośrednik, szmugler, organizator lub informator, który nie pracuje dla korporacji. Najczęstsze źródło zarobków solo. Menedżer wszystkich niewygodnych problemów, które jest w stanie zlikwidować pstryknięciem palca. I kilkoma pracownikami za mały procent jej profitu, ale to mniej ważne. Pośredniczka brudnej roboty, informatorka wszystkich i nikogo. Mathilde. Która kiedyś nie była tylko jego fixerem, ale i żoną. Ale te czasy dawno minęły. Fakt, że w ogóle utrzymywała z nim jakikolwiek kontakt, graniczył z cudem.
– Tilde, cześć – mimo zmęczenia, musiał wyglądać, albo chociaż brzmieć na podekscytowanego, bo nawet przez słabe holo było widać grymas, który skrzywił na kilka sekund twarz Mathilde.
– Berniś.
Zza jej wirtualnej twarzy wysunął się cień kilku osób. Słychać było szum rozmów, dudnienie muzyki. Musiała siedzieć w klubie. Najpewniej w Afterlife, co oznaczało, że w budce wokół niej kręciła się grupka informatorów, najemników, hakerów. Bernard poczuł, jak rośnie mu gula w gardle. Wstyd.
– Mówiłem, żebyś przy ludziach mnie tak nie nazywała. Daj mi zachować resztki godności.
Mathilde uśmiechnęła się krzywo, ale jej oczy nadal były zimne i wykalkulowane. Ciekawe, czy pozbyła się emocji do niego jakimś implantem, czy blokerem. A może po prostu faktycznie od dawna nie czuła do niego nic? No, może oprócz odrazy.
– Godności? Kochany, tego to ty od dawna nie masz – utwierdziła jego teorię. Ale jeżeli go nienawidziła, to czemu sama do niego zadzwoniła? Coś się nie zgadzało. Zapomniała, że po każdym gigu wydzwaniał ją i spamował jej wiadomości z prośbami i obietnicami, jak to się zmienił, że zrobi wszystko, byleby do niego wróciła?
Sama wybrała mu alias, którym miał się posługiwać, jako solo. Wilk. A teraz odebrała je, zimną dłonią, bez emocji. Specjalnie dla niej nawet zmodyfikował uzębienie, dodał złote kły. Tak bardzo jej się to podobało. Że podpasował się jej. Teraz chyba nic nie mogło jej obchodzić mniej.
Odchrząknięcie ze strony holo wyrwało go z zamyślenia.
– Mam dla ciebie gig.
– Hm.
Od dawna nikt nie miał dla niego gigów. Może od fixerów nie roiło się w Night City, ale było ich wystarczająco, by nakarmić garście najemników niekończącą się ofertą zadań. Garście, do których Bernik nigdy nie należał.
Bernard, łagodnie mówiąc, dobrym solo nie był. Porywczy, nieprzewidywalny, tchórzliwy. Do tego robione po taniości augumenty cybernetyczne zdecydowanie nie pomagały. Jeden zbyt duży przypływ adrenaliny mógł sprawić, że Bernik wracał do fixera z krwią na twarzy, niepewny co się w sumie stało, ale pewien, że cel zadania, kimkolwiek był, stracił życie. A jeżeli nie miał go stracić, to, no cóż. Wszyscy w budynku stracili, trudno było rozpoznać, czyje ciało miał faktycznie skonfrontować. W blaskach neonów każda twarz, żywa czy nie, wyglądała podobnie.
Alias, który nadała mu Tilde zdecydowanie pasował do jego nowego, spieprzonego przez cybernetyki (i nałogi, i przeszłość z zespołem, i… w sumie przez wszystko. Może od zawsze taki był, tylko udawał normalnego?) charakteru. Agresywny, żądny krwi. Gotowy wbić kły we wroga.
– Domyślam się, że to jeden z tych gigów typu „solo kończy, wąchając kwiatki od spodu, a fixer dostaje nie tylko sto procent profitu, ale i bonus za martwego zawodowca”.
Tilde przewróciła oczami.
– To, że się rozwiedliśmy, nie oznacza, że życzę ci śmierci. Wręcz przeciwnie.
Zapadła chwilowa cisza, tak głucha, że Bernardowi zaczęło dzwonić w uszach.
– Czy to kolejne zlecenie na czyjąś głowę? Wyczyszczenie jakiejś skrytki któregoś z gangów? Wykopanie Szóstej Ulicy6th Street – gang amerykańskich pseudopatriotów, operujących w dzielnicy Santo Domingo (dokładniej w Arroyo) z którejś z fabryk?
– Nie. Coś bardzo prostego. Wręcz przyjemnego – wszystkie alarmy w głowie Bernika zaczęły wyć. Jemu nie trafiały się proste zadania. Jeżeli dostawał cokolwiek, to najgorszy sort. Przymiotniki takie jak prosty, czy przyjemny, nie pasowały do niego ani trochę.
Nie wiedział, co za bardzo odpowiedzieć na taką propozycję. Zdecydowanie wydawała się zbyt dobra. Musiał być gdzieś haczyk.
– Wystarczy, że dostarczysz auto z punktu A do punktu B. Fura czeka w Northside. Ma wylądować na opuszczonym lotnisku w Badlandspustynne tereny wokół Night City, opuszczone ze względu na wszechobecną radioaktywność i wysokie temperatury, pod Pacificą.
– Czyli muszę przejechać dosłownie całe Night City – mruknął Bernik, gdy tylko oczy Tilde zaświeciły się cyjanem i przesłała mu koordynaty zadania – …ale?
Mathilde uśmiechnęła się krzywo. Oczywiście, że wiedziała, że o to się zapyta. Oboje znali się zdecydowanie zbyt dobrze.
– Najlepiej, żebyś pojechał na około.
– Przez Westbrook?
Mathilde pokręciła głową.
– Nie. Jak najdalej od całego Westbrook. Szczególnie North Oakprestiżowy sub-dystrykt Westbrook, zarezerwowany dla małej grupy najbogatszych mieszkańców Night City. Składa się z kilku ekskluzywnych willi..
Świetnie, czyli zajmie to pół dnia, jak nie więcej. Chyba że mógłby to zrobić w nocy. Jak na zawołanie, Mathilde mrugnęła.
– Musisz dostarczyć dość… delikatną przesyłkę. Więc najlepiej zrobić to w godzinach mało pracowniczych.
– Przemycam coś.
Oczy Tilde błysnęły niebezpiecznie. Nadal miała na ustach krzywy uśmiech.
– W tym sedno sprawy. Przesyłka jest w bagażniku i jako kierowca masz całkowity zakaz sprawdzania, co tam jest. Tak jak mówiłam, delikatna sprawa. Zmiany temperatury, turbulencje, te sprawy… mogłyby zniszczyć towar.
Bernik westchnął, chowając twarz w dłoniach.
– Nie powiesz mi, co to jest, prawda?
– Kochanie, dlatego dzwonię do ciebie. Bo potrzebuje dyskrecji. I kogoś, kto się zgodzi.
Czyli próbowała zatrudnić innych solo, ale nikt nie podjął się zadania. Mathilde wiedziała, że Bernard się zgodzi. Nie tylko dlatego, że jest zdesperowany i nie ma innej opcji, ale też i przez to, że to ona. Wiedziała, że nadal jest dla niego słabym punktem.
– Nie łatwiej było po prostu zamówić Delamainasieć samojezdnych, kierowanych przez AI taksówek, operująca w Night City?
– Nie uwierzysz, ale ufam bardziej tobie, niż systemowi komputerowemu – Mathilde uśmiechnęła się niewinnie.
Bernard westchnął.
– Czy dostanę za to jakąkolwiek zapłatę? Czy oczekujesz, że z dobrego serca wyświadczę ci przysługę?
Tilde cmoknęła, zmarszczyła brwi. Ktoś w tle, za nią, może obok niej, wybuchnął stłumionym śmiechem.
– Berniś. Oboje dobrze wiemy, że twoje serce zgniło bardzo dawno temu. Jeżeli kiedykolwiek było dobre.
Bernard zacisnął szczękę, tak mocno, że miał wrażenie, że zaraz pękną mu zęby. Mathilde odwróciła głowę, powiedziała coś do osób siedzących obok, które znów odezwały się śmiechem. Śmiali się z niego?
– Zapłata jest… do przegryzienia. Myślę, że tobie bardzo pomoże. Prawie pięć tysięcy. Z bonusem, jak zrobisz to szybko i dyskretnie.
Bernik poczuł, jak robi mu się sucho w gardle. Pięć tysięcy eurodollarów piechotą po Night City nie chodzi. Mathilde wiedziała, że stawia przed nim ofertę nie do odrzucenia.
Pięć godzin później, pod osłoną nocy, a raczej niezwykle wczesnego poranka (jakkolwiek można było nazwać trzecią nad ranem), Bernard stanął przed dokami Northside i zapalił papierosa. SMS od Tilde przyszedł momentalnie, jakby miała na niego GPS i zawsze wiedziała, gdzie jest. Cholera wie, może wsadziła mu kiedyś lokalizator w żarcie albo coś. Odkodował link, który, jak się okazało, zawierał dane prosto do jego kiroshicybernetyczny implant oka firmy Kiroshi Optics. Podstawowy, ogólnodostępny, tani, łatwy do zdobycia. Neonowa, zielona linia poprowadziła go za jeden winkiel, drugi, aż stanął przed pancernym minivanem.
Auto miało pozdzierany lakier na zderzakach, wyblakłe naklejki na bagażniku, i jedno z lusterek przyklejone na taśmę. No cóż, jeżeli klientowi (kimkolwiek był) zależało na dyskretności drogocennego transportu, to wybrał perfekcyjny pojazd. Szybki skan pokazał, że auto jest opancerzone, ale nie posiada broni. Ciekawe.
Minivan nie był nawet zablokowany żadnym kluczem. Drzwi otworzyły się z piskiem zardzewiałych zawiasów po prostym pociągnięciu klamki.
W środku auto wyglądało wręcz prehistorycznie. Żadnego ekranu, wejść do cybernetyki. Całkowity analog.
– Tak, żeby nikt nie mógł śledzić – mruknął do siebie Bernik, siadając za kierownicą. Pojazd nie miał nawet podstawowego GPS. Teoretycznie, Bernard mógłby nastawić celowanie we własnym systemie, ale domyślał się, że nie na tym zależało Mathilde. Miało być dyskretnie. A Bernard powinien znać miasto od podszewki. Tego oczekiwała Tilde jako jego fixer. Klient zapewne też. Kimkolwiek był.
Robienie za kuriera nie było najrzadszą rzeczą, do jakiej zatrudniano w Night City solo. Zdarzało się, że potrzeba było silniejszej ręki, by przewieźć coś, kogoś, przez miasto – takiej, która nie omieszka się sięgnąć po rewolwer, jeżeli będzie taka potrzeba. Dyskrecja była z reguły czymś oczywistym. Ale w tym wypadku? Tej całej dyskrecji i tajemniczości było zdecydowanie za dużo według Bernarda. Brak jakiejkolwiek technologii w aucie? Podróż przez całe miasto, naokoło? To naleganie, że ma nie wiedzieć i nie sprawdzać, co tak naprawdę przewozi? Coś w tym wszystkim nie składało się w sensowną całość.
Podróż przez Night City była zadziwiająco spokojna. Jakiekolwiek zamieszki Bernard omijał szerokim łukiem, zaciskając palce na telepiącej się kierownicy. Na szczęście limity prędkości dawno zostały zdjęte w mieście - dobrze, bo licznik też nie działał poprawnie. Radio, jak na złość, zacięte było na stacji Morro Rock, przez co Bernik zmuszony był do słuchania nowej piosenki własnego zespołu co kilkanaście minut. Ciekawe ile zapłacili DJowi?
Głos Artura wiercił mu dziurę w głowie. Jeszcze niedawno DZIKIE SZCZENIĘ było jego dzieckiem. A teraz szum, który był mu niegdyś tak bliski, przypominał mu tylko o swojej własnej zagładzie. Sam stoczył się z góry. Ale z drugiej strony, czy chciałby, by jego twarz wisiała na holoreklamach rozprzestrzenionych po całym Night City? Ile szczerości było w zespole, którego motto opierało się na przeciwdziałaniu korporacjom, jeżeli teraz sam sprzedawał swoje ciało i słowa billboardom?
Bernard uderzył pięścią w kierownicę tak mocno, że całe auto się zatrzęsło. Szlag.
Minęło tyle lat, a myśl o zespole nadal rozdrapywała niezagojone rany. Wyrzucony na zbity pysk. Nawet nie raczyli spotkać się z nim na kawę, czy cokolwiek, żeby przekazać mu tę wiadomość. Tylko zmienili kody do garażu, w którym ćwiczyli. A Bernik dostał e-maila. Pierdolonego e-maila. Nawet nie od Artura albo kogokolwiek innego z zespołu. Nie, od nowej menadżerki. Jakby Bernard nie założył DZIKIEGO SZCZENIĘCIA. Jakby nie zebrał grupy nieznajomych sobie muzyków, głodnych rewolucji i syku przesterowanych gitar. Jakby to nie on wpadł na pomysł nazwy zespołu, jakby nie pisał słów i melodii do pierwszych piosenek. Do całego pierwszego albumu. Wyrzucili go jak zużytą chusteczkę.
Mathilde mówiła, że najlepszą zemstą byłoby ułożenie sobie życia. W końcu popularność nie trwa wiecznie, a tabloidy uwielbiają tworzyć wrogów z gwiazd – nawet tych, które nie popełniły błędu. Gdyby udało mu się zostać rozpoznawalnym w Night City najemnikiem, miałby stały dochód. I pewność, że to, w przeciwieństwie do sławy Artura, nie zniknie. Ale nawet tego nie potrafił zrobić. Uciekł na północ, tracąc wszystkie znajomości, po czym wrócił po latach z podkulonym ogonem. Jakby nie potrafił za nic podjąć chociaż jednej dobrej decyzji. Jakby miał alergię na zdrowy rozsądek.
Przy ostrzejszym zakręcie cybernetyka w przedramionach Bernarda skrzypnęła, zatrzęsła klapami. Nawet tego nie mógł zrobić poprawnie. Operacje po taniości, by jak najszybciej wyposażyć się w odpowiednią dla solo technologię, wyniszczyły mu system od środka. Brak antywirusa, kiepskie, przestarzałe oprogramowania, podrobione części. Nie dziwota, że dostawał ataków, jak jakiś cyberpsychol.
Nie był u ripperaripperdoc – medyk-technik, zajmujący się instalacją, ulepszeniami i naprawami cybernetycznych implantów od miesięcy. Nie miał na to pieniędzy, a nikt go nie chciał zatrudnić przez te pierdolone ataki agresji. Cholera wie, ile wirusów kręci się w jego systemie.
Dlatego gig od Mathilde był takim zbawieniem. Miesiąc i zacząłby jeść tynk ze ścian. Może, gdyby była wystarczająco zadowolona z jego pracy, zaczęłaby zatrudniać go częściej? Może nawet pozwoliłaby na spotkanie twarzą w twarz? Wtedy Bernik mógłby wreszcie zacząć swoją drogę zemsty. Znaczy się, ułożenia swojego życia. Zemsta w oczach Bernarda zawsze miała bardziej krwawy obraz. Realistyczny, nie ten pełen metafor.
Czasami wyobrażał sobie, że staje twarzą w twarz z Arturem. Przeciskałby się przez tłum, przemykałby niezauważony obok ochrony, wciskałby się na zaplecze. Tam, na odrapanej kanapie, z papierosem między palcami czekałby, aż Artur zejdzie ze sceny na zmianę kostiumu. Spojrzałby mu w oczy. Zasmakowałby zdziwienia, a przede wszystkim przerażenia. Bernard nie wyglądał już miło, bezpiecznie. Nie. Wyglądał, jakby się rozpadał. Dobrze. Może Artur wreszcie by zrozumiał, co zrobił. Bernard podszedłby do niego i zacisnąłby mu palce na krtani. Na początku lekko, tak, żeby Artur nie spodziewał się, kiedy Bernard zmiażdży mu tchawicę. Żeby wreszcie zamilkł na zawsze.
Bernard zacisnął palce na kierownicy. Cybernetyka przedramion zadrżała, ostrza wysunęły się na sekundę, jakby całe jego ciało nawoływało do agresji. Nie. Jeszcze nie. Może kiedyś.
Wyjeżdżał już z Pacifici, gdy na horyzoncie mieniły się klapy farmy fotowoltaicznej, niczym jakaś odległa armia gotowa zaatakować miasto, jak tylko wzejdzie słońce. A do tego nie było daleko. Jeszcze z pół godziny i południe Badlands stanie się całkowicie nie do przeżycia. Jak dobrze, że nawet antyczne pojazdy wyposażone są w wentylacje. Jakakolwiek temperatura powyżej trzydziestu była dla Bernarda męczarnią, a co dopiero te sięgające ponad pięćdziesiąt.
Jak na zawołanie, coś chrupnęło w aucie. Minivan stęknął, jęknął, po czym przestał słuchać kierunku ustalonego przez Bernarda. Spod maski zaczęła wydobywać się strużka dymu.
– Kurwa, szlag, chuj – udało mu się wypluć, zanim wbił obie stopy w hamulec z całej siły. Minivan zawirował na startym asfalcie, z piskiem opon obrócił się wokół własnej osi, żeby wylądować z maską w wysokich, wysuszonych od słońca krzewach.
Nocą Badlands wyglądały jak powierzchnia księżyca, więc gdyby nie nerwowe pikanie systemów alarmowych auta, Bernard siedziałby rozkojarzony za kierownicą jeszcze długo, wpatrując się w nisko zawieszone nad horyzontem gwiazdy.
– Kurwa – powtórzył. Z radia odpowiedział mu DJ, przez szum radośnie zapowiadając najnowszy kawałek DZIKIEGO SZCZENIĘCIA. Bernard uderzył czołem w klakson, ignorując jego głośny, nieprzerwany dźwięk.
Problem numer jeden. Auto nie chciało ruszyć. Co prawda z maski przestał sączyć się dym, co oznaczało, że przynajmniej minivan nie wybuchnie. Mało pocieszające, biorąc pod uwagę fakt, że stracił transport.
Problem numer dwa. Słońce zaczęło wystawać powoli zza płaskich diun Badlands. Niedobrze. Jeżeli Bernik będzie tak porzucony na pustyni, umrze prędzej, niż wsadzając pięść w twarz jednego ze ZwierzakówAnimals – agresywny gang, skupiony na ulicznych walkach i cybernetycznych augumentach.
Problem numer trzy. Ten pierdolony towar, czymkolwiek był. Mathilde nalegała na transport nocą, podkreślała, że przesyłka jest delikatna, żeby uważać na zmiany temperatury i turbulencje. Pod ochroną Bernarda paczka doświadczyła obu. Zajebiście. Był tak blisko celu, ale oczywiście coś musiało się zjebać.
Pomyślał o zadzwonieniu do Mathilde, jego system wyciągnął już kontakty, jednak w ostatniej chwili Bernard zrezygnował. Nie. Ma szansę to naprawić. Jeżeli Tilde dowie się o tym wypadku, nigdy już go nie zatrudni. Nawet o nim nie pomyśli. Nie, dzwonienie do niej to najgorszy pomysł.
Bernard wyszedł z vana, wsadził papierosa między zęby. Przeklął pod nosem. Jego własne auto siedziało na parkingu w Rancho Coronado. Cztery i pół kilometra od niego. Teoretycznie zasięg przywoływania miał pięć kilometrów. Czas było to wypróbować. Sygnał piknął kilka razy, ale po niecałej minucie pojazd odpowiedział. Dobra, teraz czas na przesyłkę.
Czymkolwiek była, gotowanie się w bagażniku czarnego minivana, na porannym słońcu Badlandsów na pewno by jej nie sprzyjało. Towar miał niby nie opuszczać auta, ale chyba lepiej, żeby dojechał do celu w innej furze, niż w ogóle. Jeżeli pójdzie płynnie, to Mathilde nawet się nie dowie. Bernik powie, że minivana jebło w drodze powrotnej. I tak nie miał nawigacji ani nowoczesnych systemów.
Do przyjazdu Bernikowego auta było jeszcze kilka minut. Słońce wstało już w pełni i wypalało dziurę w jego karku. Czarny lakier w tych temperaturach mógł równie dobrze ugotować śniadanie dla wojska, szczególnie ten niepokryty nowoczesnymi filtrami. A patrząc na minivana, ten na pewno ich nie posiadał. Wypadałoby więc wyjąć przesyłkę.
Bernard zacisnął zęby, zgniótł niedopałek pod ciężką podeszwą. Dobra. Raz się żyje.
Bagażnik otworzył się dopiero po kilku mocnych pociągnięciach, jakby był czymś zablokowany. Ale nie miał żadnego kodu ani kłódki. Jeżeli klientowi aż tak zależało na bezpiecznym przewozie, czemu rozpracowanie klamki przyszło Bernikowi tak łatwo? Znów przyszedł mu na myśl nędzny wygląd auta. No tak. Dyskrecja, czy coś.
W bagażniku leżał worek. Worek przerażająco przypominający kształtem ludzkie ciało. Szlag, czy Bernik przewoził trupy? Tylko gdzie? Po co na lotnisko?
Nagle, worek zaczął się ruszać. Zza warstwy plastiku wypłynął zduszony jęk. Kurwa. Żywy trup.
– Ja pierdole – jęknął Bernard, zaciskając palce na worku. Co jak to jakiś niewinniak, który niechcący komuś podpadł? Może dziecko jakiegoś CEO, którego któryś z gangów chciał szantażować? To by pasowało do tego całego omijaj cały Westbrook, a w szczególności North Oak. Ale po co wtedy zatrudniać solo? Mathilde wspominała o delikatności towaru. Z trupami nikt od lat w Night City nie obchodził się delikatnie. Nie, musiało chodzić o kogoś żywego. Pewnie osoba była napchana jakimiś relaksantami, które wraz ze wzrostem temperatury i duchotą w worku puściły. Plastik zaczął charczeć.
Bez większego namysłu nad konsekwencjami, Bernard rozdarł worek. Najpierw zobaczył materiał obwiązany wokół kończyn pojmanego, potem ten zasłaniający mu twarz. Blond włosy, blada skóra. Bernard odskoczył od bagażnika jak oparzony.
Nie. To niemożliwe.
Związany, jakimś cudem, obrócił się na bok tak, by leżeć twarzą do Bernarda. Teraz zauważył, że pojmany nie ma związanej twarzy – materiał robił jedynie za knebel. Znał te oczy dobrze. Zbyt dobrze.
One też musiały go rozpoznać.
– Kurwa. Mać – syknął Bernard na wydechu.
Nie tak miało wyglądać jego spotkanie z Arturem.
Przekrwione oczy wokalisty zrobiły się na sekundę wielkie jak spodki. Bernard nie był pewien, czy to te emocje, które sobie wyobrażał. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Artur czuje ulgę.
Wokalista krzyknął coś, ale stłumione przez materiał dźwięki przypominały raczej wycie jakiegoś umierającego zwierzęcia, niż człowieka. Bernard wysunął rewolwer z kieszeni, a lewą ręką odwiązał knebel.
– Bernik, ja pierdole, nie wierzę, uratowałeś mnie, jakim cudem?, wiedziałeś, wiedziałeś, że zostałem porwany i przyjechałeś mnie uratować, mój rycerzu, wiedziałeś – z ust Artura wypłynął nieprzerwany potok słów.
Bernarda ukuło coś w kolorze nostalgii – Arturowi w normalnych okolicznościach nie zamykała się twarz, a co dopiero teraz, po (zapewne) długim okresie wymuszonej ciszy. Ale czy Artur naprawdę myślał, że Bernik go uratował? Że z jakiegoś powodu wcale go nie nienawidzi? Jak w oczach Artura niby potoczyła się historia DZIKIEGO SZCZENIĘCIA?
Artur nadal trajkotał, kiwając się na plecach, jakby próbował podnieść się z leżącej pozycji do siedzącej. Słabo mu to wychodziło.
– Berniś, odwiążesz mnie? Strasznie mnie bolą nadgarstki. Nie wiem, ile godzin mnie tu trzymali.
To ocknęło Bernarda z zamyślenia. Jego palce zacisnęły się mocniej na rewolwerze, broń obudziła się do życia pod jego dłonią.
– Nie.
Artur uśmiechnął się głupio, po czym parsknął głośnym śmiechem. Śmiał się tak dobrą chwilę, wypełniając głuchą ciszę pustyni swoim rechotem, dopóki jego mina nie zrzedła.
– Ty… ty tak na serio?
Bernard kiwnął głową, prawie niezauważalnie. Wokalista oprzytomniał, mrugnął kilka razy. Spoważniał.
– Zmieniłeś się.
Teraz to Bernard miał ochotę parsknąć śmiechem.
Oczywiście, że się zmienił. Nie tylko charakterem. Cholera, połowa jego twarzy nie należała już do niego, chrom za skórę. Wszystko na wierzchu, jak wiecznie ślimacząca się rana, przypominająca o tym, jak bardzo upadł. Nie chciał nawet myśleć o tym, jaki procent jego umysłu nadal był tak naprawdę nim.
Kiedyś zrobiłby wszystko, o co tylko poprosiłby Artur. Teraz? Bernard miał ochotę rozszarpać go na strzępy.
Zmienił się. Ha.
– To wyłącznie twoja zasługa – Bernard warknął, czując, jak trybiki pod skórą wchodzą w ruch. Cybernetyka, pobudzona emocjami, zachrzęściła.
Gdzieś głęboko, pod warstwą wściekłości, żalu, jakiś cichy głos poprosił go. Żeby przestał. Żeby się zastanowił. Przesyłka miała dojechać do celu w jednym kawałku. Artur ewidentnie został towarem przetargowym jakiegoś okupu, może i mającego miejsce w samym Kryształowym Pałacukomercyjna stacja kosmiczna, na której znajduje się m.in. luksusowy hotel, sceny koncertowe i popularne wśród milionerów kasyno. Kosmiczne Las Vegas, chuj wie. Dostarczenie go na lotnisko oznaczałoby zapłatę od Mathilde. Również jakąś odrobinę satysfakcji, skoro wokalista był traktowany jako więzień.
Z drugiej strony… nic nie pobiłoby satysfakcji wyzerowania go tu i teraz. Z własnej ręki. Nie dostałby kasy, pewnie jego nazwisko trafiłoby na jakiś blacklist solo, za to, jak historycznie spierdolił gig.
Ale co z tego? I tak nikt nie chce wziąć go do pracy. Jedna zapłata, miesiąc dłużej pod dachem, i tak wylądowałby na bruku, zanim przez miasto przeszłaby noworoczna parada. Co to zmienia? Nic.
Muzyka mu wszystko zabrała. Teraz miał szansę zabrać muzyce wszystko.
– Bernik? Hej, Bernik.
Głos Artura dochodził do niego jak zza mgły. Dopiero po chwili zorientował się, że ten musiał wołać go od jakiegoś czasu. Od duchoty pustyni zaczęło mu się kręcić w głowie. Czas to zakończyć. Raz na zawsze.
Rewolwer zamruczał, budząc się do życia pod palcami Bernarda. Słońce wypalało mu w karku dziurę, kiedy podnosił broń. Artur zachłysnął się oddechem.
– Bernik? Co ty robisz?
Chrzęst odbezpieczenia pistoletu odbił się echem po pustyni.
– Odwdzięczam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz