19 listopada 2025

Od Felixa – Mgła [AU]

Elendel zachwycało pięknem bez względu na porę dnia, jednak te momenty, gdy miasto spowijały delikatne, mgliste woale, a światło latarni rozmywało się w ich miękkim, nierzeczywistym oparze, wydawały się Felixowi najpiękniejsze. Powietrze miało wtedy inny zapach, głębszy, a jednocześnie kwiatowy, niczym drogie perfumy. Sylwetki przechodniów rozmywały się, a otaczające ulicę budynki wyglądały jak domki dla lalek, powiększone do niemożliwych rozmiarów. Wszystko było niczym sen, spokojny, trochę dziwny, kołyszący myśli, przynoszący duszy odpoczynek.
Felix co prawda nie był Monetostrzelnym, jednak dzielił z nimi upodobanie do bezczynnego siedzenia na absurdalnych wysokościach, w miejscach, gdzie nikt o zdrowych zmysłach nie siedziałby tak spokojnie, a jeśli ktoś już by go tam zobaczył, jego pierwszą myślą byłoby „Jak on się tam, do cholery, znalazł?”. Felix często zadawał sobie to pytanie, patrząc na polityków, a że mimo upodobania do bezczynnego siedzenia uważał się za człowieka czynu, do tego przekornego z natury, lubił obserwować, czy dany polityk wróci na swe wysokie stanowisko, gdy już spektakularnie wykopie się spod jego tyłka stołek.
Mężczyzna niefrasobliwie dyndał chudymi nogami w powietrzu, jego stopy wisiały dobre parę pięter nad twardym brukiem ulicy, a spojrzenie przebiegało wśród świetlistych rzek ulic, przyczepiając się do przypadkowych rzeczy. Myśli formowały kolejne pomysły, plany, przewidywały ruch przeciwnika na dwie, trzy, cztery tury do przodu, a i tego było mało, bo przeciwnik nie był jeden, nie działał nigdy sam, a im dłużej Felix zajmował się swym hobby w postaci zabierania bogatym by rozdać biednym, tym lepiej widział, że ci, których uznawał za graczy, są w rzeczywistości pionkami. Lecz kto tak naprawdę pociąga za sznurki i jak je przeciąć…? Potrzebował innego głosu, nowej wiedzy, odmiennego bytu, by nazwać swe hipotezy prawdą.
I tak właśnie poznał Harmonię.
Mgły przelewały się leniwie nad kanałami, drzemały wśród trawników, pojedyncze pasma wirowały jednak gdzieś przy kalenicy budynku, nie do końca tak, jak czyniła to normalna mgła. Felix uśmiechnął się, czując, jak opar gęstnieje wokół niego, a obecność, która zawsze była gdzieś tam na skraju jego świadomości, staje się coraz wyraźniejsza.
Obecność usiadła tuż obok, a gdy Felix spojrzał, ujrzał mężczyznę w średnim wieku, z gładko ogoloną głową, ciemną skórą, ubranego w proste odzienie, patrzącego na świat spojrzeniem będącym mieszaniną troski i zaciekawienia. Był niczym rodzic, który dał dziecku wszystko, teraz zaś obserwował, jak radzi sobie, odkrywając świat, próbując nowości, błądząc i upadając, lecz zawsze mając te ciepłe, wspierające ramiona, które pomogą mu się podnieść. Coś, czego Felix w swym dzieciństwie nie zaznał, a co doceniał, wiedząc, że o wiele łatwiej jest podnieść głowę i odważnie spojrzeć w stronę gwiazd, gdy strach przed upadkiem nie przyćmiewa perspektywy lotu.
Przez pewien czas siedzieli w milczeniu, po prostu obserwując rozmigotane światła Elendel – on i Harmonia, człowiek i bóg, przestępca i wszechwładny opiekun świata. Felix pozwolił sobie przeciągnąć nieco tę chwilę wiedząc, że Harmonia nie odwiedzał go bez powodu, nie objawiał się też, jeśli sprawa nie była wystarczająco ważna. Skoro jednak ukazał twarz z czasów, gdy kroczył wśród innych jako zwykły człowiek, to zadanie, które miał dla Felixa, miało proporcjonalną wagę. Mężczyzna westchnął.
— Miło się siedzi — rzucił Felix, krzyżując nogi w kostkach. — Zaproponowałbym jakąś grę, ale wiem, że karty to nie twoja działka.
Harmonia uśmiechnął się lekko.
Sieci rozrzucone przez Ceartasa sięgają bardzo daleko, dalej niż się spodziewałem, i są mądrze splecione. Jeśli jego plan się powiedzie, moja władza nad tym światem osłabnie na tyle, że fundamenty tego, co zbudowałem, zostaną odsłonięte, a wtedy Ceartas będzie w stanie przebudować je podług swojej woli.
— I wszyscy pójdziemy siedzieć — westchnął Felix. — Nie powiedziałeś mi jednak niczego, czego nie wiem.
Bóg skinął głową.
Analizowałem owe sieci i przypominają mi one jeden z waszych nowoczesnych mechanizmów.
— Skomplikowany, precyzyjny, morderczy, dobrze zaplanowany i… — Felix zmrużył oczy. — Coś pominąłem?
Niemożliwy do rozmontowania — dodał Harmonia. — Jeśli się nie wie, czego szukać.
Felix parsknął śmiechem.
— Znalazłeś więc jakieś… słabe ogniwo w tym planie?
Bóg pokręcił głową.
— Kotwicę?
Teraz skinął głową.
Jest kotwica, lecz w owej kotwicy tkwi metal łańcucha, spajający ją z wolą Ceartasa, czyniący wolę boga i śmiertelnika jednym, obdarzający tego ostatniego mocą, która nie była mu przeznaczona.
Albo Felixowi się przywidziało, albo Harmonia naprawdę zmarszczył brwi. Mężczyzna połączył szybko kropki – wbity w ciało metal sprawiał, że bogu łatwiej było się komunikować ze swym wybranym śmiertelnikiem, stąd ten pojedynczy kolczyk w uchu Felixa, lecz nie tylko do tego mógł służyć zespolony z ciałem metal. Więcej komunikacji równało się większemu wpływowi, i o ile Harmonia nigdy nie nadużywał swoich mocy, było to wbrew samej jego naturze, o tyle Felix dałby sobie uciąć całą lewą nogę za to, że Ceartas lepił umysły swoich popleczników jak dzbany z gliny. Wszystkie identyczne i równie puste w środku.
A co do bycia obdarzonym mocą, która nie była mu przeznaczona… Harmonia opowiedział kiedyś Felixowi o praktyce z czasów Ostatniego Imperium, czymś tak strasznym, że bóg sam postanowił zniszczyć o tym informacje, by nikt nie miał do nich dostępu. Bóg, który dawał śmiertelnikom wolną wolę, ograniczał swą ingerencję w świat do minimum, a za życia starał się zachowywać wiedzę od zapomnienia, świadomie wybrał zatajenie fundamentalnej prawdy o świecie, bo ta jedna była tak przerażająca i okrutna. Hemalurgia. Odebranie zdolności Allomancji bądź Feruchemii jednej osobie, by dać ją innej. Krótki opis czegoś, co okaleczało nie ciało czy umysł, ale samą duszę i przeznaczenie danej osoby.
Z Felixem był ten problem, że jego umysł czytał między wierszami równie sprawnie, co jakby podstawiono mu pod nos tytuł chwytliwego artykułu z pierwszej strony gazety.
— Gdzieś w głębi to podejrzewałem, ale wolałem się mylić — powiedział po chwili, gdy nadał kotwicy konkretne imię.
Konstabl Claíomh Solais był zawsze najbliżej capnięcia go za kitę, bo o ile większość sił policyjnych i politycznych figur Felix rozgrywał bez strat, o tyle z tym jednym konstablem gra rozkręcała się do niemożliwych rozmiarów. Każda pogoń była absolutnym tańcem na linie i nie raz Felix musiał pozbyć się atutu, zagrać kartę, której nie zamierzał ujawniać, byle odwrócić szale zwycięstwa, wymknąć się jeszcze ten jeden raz. Szczerzył się butnie do Tristana, ale pot płynął mu po plecach przy każdym spektakularnym salcie.
Sieć uda się rozedrzeć, jeśli uda się zerwać tę jedną kotwicę. Pozbawić ją łańcucha — powiedział Harmonia, a jego głos nabrał głębszego, bardziej poważnego zabarwienia.
— Chcesz pozbawić Solaisa kolca? — spytał Felix z niedowierzaniem. — Moment, chcesz, żebym to ja pozbawił go kolca?
Nigdy nie poprosiłbym cię o coś takiego.
— Ale jak inaczej zerwać Solaisa z łańcucha, skoro ma gdzieś skitrany kawał metalu od Ceartasa? — Niechybnie w tyłku, dodał w myślach, a na głos kontynuował. — Do tego potrzeba chirurga.
Ten, kto umieścił ten kolec, może go równie łatwo zabrać.
— Tylko że to… To jest… Ooo… — wyrwało się z ust Felixa, gdy zapadki wskoczyły na swoje miejsce. — Rzeczywiście, nie trzeba chirurga.
Harmonia nie odezwał się, patrząc na niego trochę z nadzieją, trochę przepraszająco, Felix zaś myślał. Harmonia poprosił go o wiele, zajebiście wiele, chciał wbić klin między boga i jego ulubionego sługę, klinem zaś miał być nie kto inny, jak Felix we własnej osobie, wraz ze swym przytłaczającym intelektem, porażającym uśmiechem i brakiem piątej klepki, jak to konstabl Solais zauważył przy ich pierwszym spotkaniu. Znaczy, zauważył to ostatnie.
Z Tristanem był jednak ten problem, że co prawda był naczyniem woli Ceartasa (znaczy, jego dzbanem), ale zdecydowanie nie był pusty. Felix przetarł twarz dłonią, zaśmiał się ze zrezygnowaniem.
— Tristan będzie zajebistym problemem — odpowiedział krótko, lecz pogodnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz