27 listopada 2025

Od Yangcyna – Cisza

— ...Yangcyn...! Podaj... Ya... Podaj swoje położenie!
— Jestem w budynku B, ale już idę do budynku D, odbiór. — Cisza. — Odbiór! Uch...
Zaklął pod nosem, schował krótkofalówkę z powrotem do wyznaczonej kieszeni. Złapał w obie ręce karabin, rozejrzał się dokładnie po otoczeniu.
Wyruszyli na misję z samego rana. Kapitan oddziału wytłumaczył dokładnie szczegóły. Była to robota taka, jak wiele – musieli znaleźć szalejącą bestię i ją unieszkodliwić. Stwór zamieszkiwał tereny już dawno niedziałającej oczyszczalni ścieków, dotychczas nie stwarzając żadnych problemów, lecz postanowiono dokonać przebudowy obiektu. Z początku nikt nie wiedział o obecnym, nie do końca proszonym lokatorze, gdyż normalnie nikt się nie zapuszczał w te strony. W dodatku to nie było serce Wielkich Równin, tylko obszar niedaleko granicy z Ziemiami Prosperującymi, gdzie dość rzadko widywało się bestie. Nikt nie wiedział, skąd dokładnie się wzięła, czy przybyła z głębi nieskończonych traw, czy rzeczywiście od dłuższego czasu kręciła się w pobliżu, sprawnie unikając bycia wypatrzoną przez mieszkańców. Wiadome było jedynie to, że teraz nikt jej tu nie chciał.
I właśnie dlatego wysłano zgłoszenie do jednostki specjalnej.
Takie misje to była ich codzienność; usuwali wszelakie zagrożenia w formie dzikich, trudnych do pokonania przez zwykłe metody istot, które obrały sobie ludzi za cel. A może to było na odwrót? Mówiło się, że lata temu na tych ziemiach nie było wcale miast ani nawet wiosek, co najwyżej jakaś koczownicza grupa się tu zatrzymywała na pewien czas. Choć granica między Ziemiami Prosperującymi a Wielkimi Równinami wciąż biegła w tym samym miejscu, cywilizacja pingyuańska stopniowo rozszerzała się coraz bardziej na zachód. Nawet wieś, w której wychował się Yangcyn, jeszcze sto lat temu nie istniała wcale. Może zatem nie bestie wchodziły na teren ludzi, a ludzie wchodzili na teren bestii?
Tą myślą oczywiście nie dzielił się z innymi, posłusznie wykonując rozkazy. Był gotowy na typowy schemat: przyjście, złapanie bestii i wywiezienie jej żywej lub, znacznie częściej, martwej.
Wiadomo, tak było w dużym skrócie, a między tymi krótkimi etapami działo się jeszcze mnóstwo rzeczy.
Szedł korytarzem, starając się poruszać możliwie jak najciszej, uważnie nasłuchiwał otoczenia. Nie pojawiały się nigdzie w oddali dźwięki strzelania ani chociażby kroków. Panowała cisza. Momentami odnosił wrażenie, że był zupełnie sam. Zero bestii, zero jego kolegów i kapitana. Powinny gdzieś być odgłosy walki, ruchy, cokolwiek, ale słyszał tylko betonowe okruchy pod podeszwami własnych butów.
Rzadko trafiali na inteligentne stworzenia. Zwykle to były byty o w miarę prostym rozumowaniu – pojawiało się zagrożenie, trzeba było atakować w obronie. Nie oznaczało to, że walka z nimi była prosta, bo gdyby tak prezentowała się rzeczywistość, to w pierwszej kolejności nikt nie wzywałby wojska. Doświadczeni żołnierze jednak byli w stanie bez większego problemu je opanować.
Ta bestia była inna.
Na początku przemknęła gdzieś bokiem, zwracając na siebie uwagę. Wszyscy ruszyli za nią, podzielili się na dwie grupy, żeby wejść do budynku od dwóch stron. Oczekiwali, że od razu trafią na duży, mierzący ponad dwa metry w kłębie byt, z trudem przeciskający się przez korytarz.
Nie zobaczyli nic.
Jedna z podstawowych zasad głosiła, że bestia bestii nigdy nie jest równa. Wielka moc Araatana w różny sposób na nie wpływała, dając im różne właściwości i zdolności. Jedne były nienaturalnie silne, inne miały skórę niemal ze stali, a jeszcze inne pluły płomieniami niczym smoki. Według obserwacji ten przypadek nie charakteryzował się niczym szczególnym. Zwykły, przerośnięty futrzak, który bez żadnych nadnaturalnych umiejętności zagryzł jednego z grupki architektów chcących jedynie obejrzeć starą oczyszczalnię.
No, tylko zwykłe obserwacje nie brały pod uwagę właśnie inteligencji.
Jeden z żołnierzy został ciężko ranny. Skręcił w boczny korytarz, dosłownie na moment zniknął z oczu reszty, a potem rozległy się krzyki i strzały. Gdy został znaleziony, trzeba było czym prędzej zabrać go z budynku. Powiedział, że bestia pojawiła się znikąd; rzuciła się z kłami na jego nogę, a gdy po upadku żołnierz odwrócił głowę, już jej nie było. Nie zabiła. Ale jednym atakiem zmniejszyła tymczasowo liczbę przeciwników o trzy, ponieważ dwie osoby musiały wynieść rannego.
Kolejny atak tylko bardziej rozdzielił oddział. Część budynku, w którym wszyscy byli, niespodziewanie się zawaliła, każdy uciekł w inną stronę. Yangcynowi udało się wyjść z tego bez szwanku, choć, jak się później okazało, upadkiem uszkodził krótkofalówkę. Niestety jego towarzysz ucierpiał i trzeba było udzielić mu pomocy. Chłopak wygrzebał go z gruzu, pomógł dojść do wozów, przy których czekał medyk. Sam wrócił na teren oczyszczalni.
Niestety grupa zdążyła się od niego oddalić, a on został sam. Kompleks nie był wielki, dogoniłby resztę w kilka minut. Cóż, normalnie, ponieważ cisza, niedziałająca krótkofalówka i czająca się gdzieś nieuchwytna bestia zmusiły go do zachowania szczególnej ostrożności.
Krok za krokiem skradał się przez korytarze, uważnie się rozglądając. Z jednej strony wypatrywał bestii, z drugiej osłony lub drogi ucieczki. Palec trzymał tuż przy spuście, gotowy do szybkiego wycelowania. Wykonał głęboki wdech. Czuł pył, porastającego któryś kąt grzyba, ale niczego więcej. W wojsku często zwracali uwagę na jego dobry węch, czasami nawet przezywali go psem tropicielem. Jemu to nie przeszkadzało, ponieważ nieraz dzięki wyczuciu czegoś przysłużył się misji. Teraz jednak do jego nozdrzy nie trafiał żaden konkretny zapach.
Do teraz.
Poruszył nosem, schylił się nagle. Przybliżył karabin do górnej części torsu, otworzył nieco szerzej oczy, żeby lepiej widzieć. W powietrzu unosił się delikatny, acz charakterystyczny zapach. Nie był to żaden człowiek ani inna humanoidalna istota. Było to zwierzę. Zwierzę, którego wszyscy tutaj szukali.
Bestia.
Przylgnął plecami do gołej ściany, chwilę nasłuchiwał. Gdzieś rozległ się jakiś szmer, lecz wskazywał na raczej niewielkie stworzenie, mniejsze od człowieka, a już na pewno od ponad dwumetrowego drapieżnika. Yangcyn zignorował to, a skupił się na węchu. Nie umiał określić, czy to był zapach bezpośrednio od bestii, czy tylko powierzchni, o którą się otarła. Zwilżył językiem usta. Nie mógł tracić czujności.
Mimo to nie był gotowy na następne sekundy.
Ściana za nim runęła pod wpływem silnego uderzenia z drugiej strony. Poczuł, jak leci na niego gruz, czym prędzej skoczył do przodu. Przeturlał się kawałek, z lekkim poślizgiem poderwał się do pionu, łapiąc z powrotem do rąk wcześniej puszczoną broń. Położył palec na spuście, wycelował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz