Książę Bashar, następca tronu, oddany swemu ludowi szlachcic i wykazujący niezwykle dojrzałe spojrzenie na sprawy państwowe dziedzic władzy, miewałem czasem ochotę na zdjęcie swego diademu, choć to wcale nie znaczyło, że pozbawiony charakterystycznych insygni wyglądał na kogoś niższego stanem. Po prostu tyle wystarczyło, zamienić złoto na ciemny materiał płaszcza, zdobne siodło na prostą kulbakę, żeby wtopić się w tłum bez przyciągania nadmiernej uwagi, wtopić się i zapomnieć na chwilę o pismach czekających na odpowiedź, minsitrach domagających się rady, sporach potrzebujących mediatora, bo któż chciałby się na tym skupiać, gdy nikt nie doszukiwał się w nim księcia, a w podążającym obok paladynie nie widział lojalnego sługi zobowiązanego trzymać swój dystans.
Mury miasta wznosiły się dumnie w dole wzgórza, lecz nie miały w sobie tej niezłomnej agresji, którą przewidziano dla najeźdzców. Nie, mocarne skrzydła głównej bramy rozpościerały się niczym ramiona kompana zaciągającego cię do ogniska, do zabawy, do śpiewu i hulanki. Barwne wstęgi kupców oraz mieszkańców ciągnęły do środka, czasem tylko przecinane nagle w połowie halabardą, gdy któryś ze strażników zechciał obejrzeć wjeżdżający przez bramę powóz. Dante poprawił kaptur na głowie, zerknął na Bashara spinającego mosiężną broszką poły płaszcza. Książę nie dostrzegł, jak mroźny błękit błyska łobuzerstwem, nowym pomysłem.
— Krzywo zapiąłeś — odezwał się paladyn, posyłając niewinny półuśmiech swemu księciu. Zawrócił konia, podjechał przodem do ogiera Bashara.
— Naprawdę? — Ten zmarszczył brwi, spojrzał w dół. Uśmiech syrena się poszerzył.
— Daj, pomogę. — Zrównał się z Basharem, wstrzymał wierzchowca, sięgnął płaszcza księcia. Opuszki musnęły idealnie zapiętą broszkę, wcale nie mając zamiaru jej poprawiać.
— Ale tutaj…
Dante wychylił się z siodła, błyskawicznie ujął w obie dłonie ukochaną twarz, by móc złączyć usta w pocałunku, rozmiłować się na nowo w miękkości królewskich warg, w ich chęci do rozchylenia się dla niego. Odsunął się dopiero po dłuższej chwili, nie puszczając bladych policzków. Pogładził kciukami skórę, rozkoszny uśmiech rozświetlał oblicze.
— Przywidziało mi się — zamruczał, Bashar zaś parsknął śmiechem, tym dźwiękiem, który zupełnie pokonywał rycerza cieszącego się mianem najsłynniejszego miecza królestwa, zwycięzcy wielkich turniejów. Dante czułym gestem przesunął palcem po skroni księcia i poprawił kosmyk włosów. — Jest równo.
Jarmak w mieście przyciągnął bodaj każdą duszę z okolicznych wiosek – przekupki zachwalały towary, wykłócały się ze sobą nawzajem, rolnicy i rzemieślniczki wpychali objuczone osły między gawiedź, by wcisnąć jeszcze trochę drobiazgów do sakw, dzieci dokazywały, dziadkowie pili bimber z odległości, zastanawiając się, którą suszoną kiełbaskę kupić na wieczorną zakąskę. Miejsce skrzyło się pogodnym chaosem kolorów, pobrzękiwało monetami i krzyczało chwytliwe poematy o najlepszych kapustach, brzmiąc jak wielka orkiestra pozbawiona nut, jednak odnajdująca i bez nich wspólny rytm żywej muzyki. Nikt nie patrzył na te dwie dodatkowe głowy skryte pod kapturami, przyjmował je za naturalną część całości, dwójkę skrzypiec przygrywającą śmiechami i czułymi słowami, zgraną w swych ruchach, biciach serca.
Nikt nie patrzył, lecz ktoś zdecydowanie słuchał. Zgarbiona kobieta, sprawująca pieczę nad małym stoiskiem z błyszczącymi kamyczkami, uśmiechnęła się miło, gdy przechodzili obok, uniosła na nich zasnute bielmem oczy, niewidzące, lecz wiedzące.
— Ładna z was para, mości panowie — powiedziała cicho, głosem zachrypniętym, słabym, ciepłym, jakby spędziła wiele wieczorów przy ogniu, opowiadając o tym, co było, snując opowieści o tym, co mogłoby być.
Dante przystanął nagle na jej słowa, zawahał się, spojrzał na Bashara, ale książę, jak zwykle, miał już odpowiedź – oparł się o silne ramię, złożył głowę na rycerskim barku, a syren widział w rubinie, jak ta chwila, gdy nie trzeba było niczego udawać, gdy można było kochać się tak, jak ich miłość na to zasługiwała, otwarcie i bez obaw o zamkowe plotki, niesienie w sobie nieopisaną radość i ulgę.
— Dziękujemy, dobrodziejko — odpowiedział miękko książę. — Owocnych targów.
— I wam miłego dnia, mości panowie.
Bashar pociągnął go dalej, Dante ruszył za nim, tak jak ruszyłby na koniec świata za nim.
Uszli ledwie kawałek, pochylili się nad słodko pachnącymi bukietami kwiatów, gdy paladyn poczuł, jak coś wpada na niego z dużym impetem, żałośnie krzyczy, gdy nogi dorosłego nie okazały się łatwą zaporą do sforsowania, lecz istną twierdzą zbudowaną ze stali i czystej siły.
— Ejże!
Syren obejrzał się na lądującego w piachu dzieciaka, uniósł brwi, zaraz zaroiło się w alejce jarmarku od reszty dzieciarni biegnącej za powalnym kolegą. Wyśmiewały go, prowokowały, choć same ledwo dech łapały, a potem zamilkły, gdy powędrowały za zdziwionym wzrokiem zdyszanego chłopca. Wlepiły oczy w wypolerowany fragment napierśnika widoczny pod płaszczem, zachłysnęły się widokiem pochwy kryjącej potężny otęż.
— Rycerz, prawdziwy rycerz! — zapiszczał któryś.
— Jaki ma miecz!
— I zbroję!
— A koń jego gdzie?! — fuknęła z niezadowoleniem popielatowłosa dziewczynka.
W licznej grupce znaleźli się życzliwi przyjaciele, podnieśli powalonego dzieciaka, otrzepali pospiesznie, by wszyscy mogli podejść do niezwykłego rycerza, obejrzeć go, jakby odkryto przy nich nową rzeźbę stojącą na rynku, wykutą z odwagi i oddania. Dante uniósł ręce, niepewny, co zrobić z brygadą sięgając mu ledwie do bioder, jakże żywą i ochocza, gdzieś w tle usłyszał zduszone parsknięcie Bashara.
— Panie rycerzu, panie rycerzu! — wołało któreś dziecko.
— To „sir” się mówi. — Jedna z dziewczynek kopnęła kolegę w kostkę.
— Sir! Czy jako rycerz bronisz czegoś wartościowego? — zapytał chłopiec, a wielkie, dziecięce oczy świeciły się nieopanowaną ciekawością.
Myślał przez chwilę, czy zaprzeczyć, skłamać, pozwolić im się rozczarować i pobiec, szukając gdzieś indziej swoich bajek wcielonych w życie, ale co to by była za zabawa? Kącik ust uniósł się w półuśmiechu, który nie zwiastował niczego dobrego, tylko że Bashar jeszcze o tym nie wiedział. Dante z gracją przyklęknął na jego kolano, oparł się o nie, nachylił konspiracyjnie ku dzieciarni.
— A mogę wam zaufać?
— Tak! — krzyknęły natychmiast dzieci, napierając na niego ze wszystkich stron swą niepowstrzymaną ekscytacją.
Paladyn zerknął przez ramię, książę rzucił mu lekko pytające spojrzenie.
— Bronię największego skarbu mego serca — zwrócił się do brygady cichszym głosem, nadając mu tej tajemniczej nuty. — Zawsze jestem blisko niego.
— To skoro go bronisz… — Młodziutka diablica o fioletowej skórze uśmiechnęła się zaczepnie, tak jakby już wiedziała o czymś, co do reszty jeszcze miało dotrzeć — musi być dużo wart! Brać go! — Wskazała palcem na stojącego za Dantem Bashara.
Jeszcze czego, pomyślał krnąbrnie, szczerząc kły.
Dzieci podskoczyły, ruszyły do zbiorczego ataku, ale paladyn był nieludzko szybszy od nich – chwycił dłoń swego księcia, splatając z nim mocno palce, w akompaniamencie jego śmiechu i wołań zbójeckiej drużyny prowadząc go przez jarmarczy labirynt.
Przeciwnik łatwo nie odpuszczał, biegł pod stołami i używał zmyślnych skrótów, ale Dante uroczyście przysięgał bronić następcy tronu własnym ciałem, więc gdy jakiś półelfi chłopiec próbował capnąć płaszcz Bashara, paladyn bez problemu chwycił go jedną ręką, posadził na kozie ciągniętej tuż obok na postronku i nie obejrzał się nawet za siebie. Książę próbował mu coś chyba powiedzieć, próbował złapać oddech między salwami rozbawienia, ostatecznie wyszło mu jedynie trzymanie swojego kaptura, żeby nie zwiał go pęd biegu.
Dłonie ściskały się mocno, pewnie, że Dante mógłby tak przebiec resztę miasta.
Jarmark przerzedził się, budynki wyrosły w miejscu straganów. W burej ścianie pojawiła się wnęka, paladyn pokierował się szybko działającym instynktem, wciągnął do niej księcia.
Pokrzykujące dzieci przebiegły obok, przekonane, że za tamtym zakrętem przy karczmie musiała zniknąć ich zdobycz. Dante wyjrzał nieco na uliczkę, uśmiechnął się, schował z powrotem do wnęki.
Bashar, oparty o ścianę, przyparty wręcz do niej przez lojalnego paladyna strzegącego bezpieczeństwa swego pana, śmiał mu się cicho do ucha, łaskotał go ciepłym, przyspieszonym oddechem. Kaptury zleciały im na plecy, smukłe dłonie odnalazły związane w ciasny warkocz, złote pasma, na wąskich biodrach spoczęły rycerskie rękawice, twarde i ciężkie, lecz najdelikatniej chwytające ciało ukochanego. Jego własna pierś zawibrowała wstrzymywanym chichotem, błękit odnalazł rubin i pusta, zimna wnęka stała się ich małą ostoją. Tym razem to on chciał coś powiedzieć, chyba jakiś żart, a może komplement? Zapomniał. Bashar pocałował go i wszystkie myśli ułożyły się w kszałt jego miękkich warg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz