18 listopada 2025

Od Dantego – Noga

Lekarz bez wytchnienia pracował na wszystko, co miał – na swoją obszerną wiedzę, na zaufanie pacjentów, na sprawność umysłu oraz ciała podczas wykonywania trudnych operacji. Założenie kitla to był jedynie początek bardzo długiej drogi, a niektórzy nie zdejmowali go nawet w domowym zaciszu. Dante bardzo wcześnie zaczął łapać, jak Bashar do tego podchodził – dokładnie pamiętał siedzenie na kanapie pana doktora i słuchanie, jak opowiadał on o pacjentach, o których żadne rejestry nie słyszały, sam z czasem wielu z nich poznał. I jego zaczęli rozpoznawać, tego blondyna w różowych okularkach, co miał wystarczająco pary w łapie, ciętego języka i współczucia, by sprowadzać do pana doktora uparciuchów, którzy zapewniali, że nic im nie jest, jego barki niczym nosze w ambulansie. Bo wiedział, że Bashar ich by tak nie zostawił, więc i on ani myślał czynić inaczej.
Lecz interesy dzielnicy to jedno, a był, rzecz jasna, jeszcze szpital. Od obiadu Bashar pochylał się nad jakimiś dokumentami, po kolacji pisał dużo na komputerze, a Dante orbitował wokół niego, jak to miał w zwyczaju czynić, przynosząc więcej herbaty, czekolady, pocałunków i zapewnień, że jego pan doktor jest najbardziej troskliwym lekarzem. Pora robiła się jednak późniejsza, syren podszedł powoli od tyłu do Bashara, otoczył go ramionami, oparł policzek o ukochaną skroń.
— Dużo ci jeszcze zostało? — zapytał cicho, gładząc smukłą pierś.
Palce oderwały się od klawiatury, sięgnęły w górę, by dotknąć pobliźnionego policzka.
— Niestety tak, Skarbie — odparł Bashar, wykręcając głowę. Usta złączyły się w delikatnym całusie. — Muszę przejrzeć te badania do końca. Potem pójdziemy od razu do wanny — zapewnił. Było słychać, jak sam już tego pragnął.
— Oczywiście. — Dante uśmiechnął się, ucałował gładkie opuszki. — Po prostu martwię się o ciebie, pracowałeś bardzo ciężko od rana.
— Daj mi jeszcze z godzinę.
— Godzina. A potem podnoszę cię z krzesła.
Bashar parsknął krótkim śmiechem, skinął głową i wrócił do pracy, marszcząc znów brwi i piorunując wzrokiem ekran. Dante z kolei usadowił się na kanapie, w planie mając zająć się książką, którą ostatnio podsunął mu jego lekarz. Lecz gdy tylko wpadł w poduszki, myśli powędrowały gdzieś indziej, zapomniały o lekturze, o stygnącej herbacie, zatonęły w głębinach kreatywności i wychynęły z nowym pomysłem. Bashar siedział tyłem, nie widział, jak mroźny błękit skrzy się pogodnie, jak Dante uśmiecha się sam do siebie.
A tym bardziej nie widział tych czarnych, błoniastych skrzydeł.
Ćwiczył wytrwale, zmienianie się w nietoperza przychodziło już mu łatwiej, sprawniej, w powietrzu czuł się pewniej. I choć precyzyjne obieranie trajektorii lotu wciąż nie należało do jego specjalności, to poradził sobie bez zarzutu w przestrzeni mieszkania, szybując kawałek blisko ziemi i ściskając kurczowo łapkami udo Bashara, gdy znalazł się wystarczająco blisko.
— Dante? — rzucił lekarz, odsunął się kawałek od biurka, by spojrzeć na ten znajomy ciężar pchający mu się na kolana. — Dante — powtórzył, a głos jego przypominał ciepło i słodycz płynnej czekolady.
Nietoperz wtulał się w nogi swojego ulubionego lekarza, zamrugał, pisnął cicho, cały dumny ze swojego przedsięwzięcia. Bashar potrzebował jeszcze popracować, ale nikt nie powiedział, że musiał do tego tak burczeć pod nosem i marszczyć czoło. Dante zaś uważał, że był niezgorszym pluszakiem do kojenia nerwów.
Lekarz ujął go ostrożnie w dłonie, przytrzymał przy piersi i wstał, żeby zabrać z kanapy różowy, miękki kocyk stworzony specjalnie dla nietoperza. Uszka podrygiwały radośnie, wywołując uśmiech również u Bashara, gdy pan doktor robił małe gniazdko z kocyka na swoich nogach. Dante pisnął w podzięce, ułożył się w swoim specjalnym miejscu i zaległ nieruchomo, czując palce łagodnie drapiące go po karku, wygładzające jasne loczki. Łypał co jakiś czas oczkiem w górę i jego niewielkie serduszko biło żywiej na widok spokojniejszej twarzy Bashara.
Zdążył przysnąć nieco, rozpieszczany miarowym głaskaniem, a Bashar podnosił go zawsze tak delikatnie, że w pierwszej chwili nawet nie zauważył zmiany swojej pozycji. Zaspane spojrzenie wylądowało na lekarzu. Mężczyzna trzymał go razem z kocykiem przed sobą i gdy Dante patrzył w ten ciepły rubin, skupiony na jego mordce, to czuł się najsłodszym stworzeniem na świecie.
— Skończyłem — powiedział Bashara, całując go delikatnie w uszka. — Idziemy do wanny?
Pisnął raz, drugi, trzeci, machnął głową, prawie zatrzepotał skrzydłami, używając każdego sposobu, jaki był dla niego dostępny, by okazać swój entuzjazm. Lekarz wydawał się czekać chwilę, chcąc zobaczyć jak najwięcej z jego podekscytowania.
Ostatecznie to Bashar podniósł go z krzesła i zaniósł do łazienki, ale żadnemu z nich to nie przeszkadzało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz