Rozświetlona posiadłość posyłała w ciemność nocy zalotne spojrzenie swych witrażowych okien, zza którymi kołysały się w podniosłym rytmie liczne sylwetki. W zdobnych ścianach szlacheckiego domu przyjęcie rozpoczęło się już dawno, eleganckie, choć głośne, gustowne i wielce leniwe, bo pośpiech oznaczał niedocenienie miłej chwili. Brunetto Latini zaś był mistrzem w sprawianiu, aby jego doceniono, przybywając jako ostatni do posiadłości. Wywracał do góry nogami ustanowioną hierarchię i zmieniał wszystkich w głodne psy pragnące uszczknąć coś z jego ręki. Sappho na własnej oczy oglądała, jak sala pełna gości przyjęcia zamiera, by ruszyć z nowym wiatrem, który Brunetto wpuścił do środka swą obecnością.
Poczuła się mała, nic nieznacząca, bezbronna stojąc przy nim, z niesłychaną ilością spojrzeń oceniających ją tu i teraz, więc uniosła głowę, wyprostowała ramiona, przypomniała sobie, dlaczego jej płetwa prująca wodę wzbudzała strach. Nie była ich ofiarą.
— Panie Latini. — Młody, a przynajmniej wyglądający na młodego lokaj pilnujący wstępu na salę skłonił się przed nimi. — To zaszczyt pana dzisiaj gościć w domu milady.
— Dziękuję za ciepłe przyjęcie — odpowiedział Brunetto, wkraczając na bankiet, jakby odwiedzał raczej swój własny dom, prowadząc Sappho tuż obok siebie.
Strojna sala świeciła się niczym słońce nad lazurowym morzem – złote kolumnady wyrastały z błękitnej posadzki, pnąc się w górę i splatając w misterne wzory na łukowatym suficie. Z białej piany wymalowanej na ścianach wyłaniali się antyczni bohaterowie przeszywający ostrzami serca bestii, co Sappho uznała za przejaw humoru gospodyni. Wampiry stojące pod malunkami, w wielu opowieściach będące złem, które dobro zabijało, będące żywym dowodem swej trwającej latami władzy, zmieniały rozwarte paszcze potworów w przemyślne uśmiechy. Bo nieważne, ile razy bohater spróbuje ich zabić, oni zawsze powrócą, ubrani we fraki i suknie, w uśmiechy i zwodzące spojrzenia, czepiając się życia, które mieli dzięki krwi przelanej przez owego bohatera.
Ale nawet bestie chyliły czoła przed największą z nich. Brunetto pozdrawiano uniesionymi kieliszkami, skromnymi dygnięciami. Nie patrzył w ich stronę, lecz oni patrzyli na niego.
— Wszyscy się tak przed tobą płaszczą? — rzuciła cicho Sappho, próbując naśladować jego niewzruszoną postawę. Pracowe przyjęcia to było jedno, bankiet pełen arystokracji już drugie. Brakowało jej zrozumienia trzech kroków w przód w tym tańcu prowadzonym przez otaczające ją towarzystwo, miała jednak wystarczająco wrodzonego talentu do niepoddawania się, żeby udawać swoją biegłość.
— Większość — odparł Latini lekko, z półuśmiechem. — I mają ku temu dobry powód, moja droga.
— Wciąż próbuję go dostrzec.
— Gdyż ten, którego ty szukasz, nie jest tak oczywisty. Ale znajdziesz go.
— Powód do płaszczenia się?
— Sappho — zamruczał z nutą rozbawienia, idąc dalej pewnym krokiem przez salę w sobie tylko znanym kierunku — nie oczekuję czołobitności od ciebie. Tak nie postępują ze sobą partnerzy. Ty szukasz zaufania, pewności. Dam ci je, lecz ty nie weźmiesz ich po upływie jednej nocy.
Sappho zerknęła na niego kątem oka. Nie mogła się z tym kłócić.
Wampiry płynnymi ruchami schodziły z ich drogi, jakby Brunetto sunął przez salę niczym niepowstrzymana siła lodowca, oni zaś byli wyłącznie zwierzętami, które próbują umknąć gdzieś w bok. Z innej perspektywy nie wyglądało to może tak żałośnie, jednak stojąc przy Latinim cały świat wydawał się marny.
Jednak każdy lodowiec napotyka górę, której nie złamie, a przynajmniej tak właśnie w oczach Sappho wyglądała kobieta, która w odróżnieniu od całej reszty stała odwrócona do nich plecami. Kaskady czarnych loków spływały na zgrabne plecy otulone cienkim materiałem sukienki, ledwo kryjącym to, co opinające figurę odzienie powinno pozostawić wyobraźni. Brunetto milczał, wpatrując się z uprzejmym, niesięgającym oczu uśmiechem w smolistą powódź. Wwiercił wręcz dziurę w niej, czekając na reakcję. Kobieta w końcu wykonała niezwykle zgrabny obrót, patrząc na wysokość jej szpilek, spojrzenie jej ciemnych niczym dwa kamienie oczu wylądowało na nich.
A raczej na Sappho. Taksujący wzrok ciemnowłosej piękności bez skrępowania przejechał po niej, kły ukazały się w zaczepnym uśmiechu, gdy wampirzyca wyciągnęła z kieliszka z krwią oliwkę na wykałaczce i dała sobie całą niepotrzebnie długą chwilę na spożycie jej na oczach swoich gości.
— Bruno — odezwała się — cóż to za nowa torebka z krwią uczepiona twojego ramienia? Zamierzasz się podzielić?
Sappho nie dała dojść Latiniemu do głosu.
— Zaręczam, że zanim komukolwiek pozwolę się posmakować, będzie to wymagało nieco większego wkładu własnego niż pokazanie mi swoich wątpliwych umiejętności poruszania językiem przy zdejmowaniu oliwki z wykałaczki.
Wampirzyca zastygła. I się uśmiechnęła.
— Sappho — Brunetto nie zgubił rytmu, choć tego samego nie dało się powiedzieć o innych wokół — przedstawiam ci milady Desiderię Auriemmę, gospodynię dzisiejszego przyjęcia. Desi, to jest Sappho Selachinius, moja agentka nieruchomości i kobieta, która zaszczyciła mnie swoim towarzystwem dzisiaj.
— Nie poznaję cię, Bruno. Myślałam, że niedostępne ci się znudziły — odparła Desideria, ale jej głos pozbawiony był jadu. Raczej szukała sposobu, by ją zaczepić. Sappho chętnie przyjęła te rzuconą rękawicę.
— Milady łatwo przyporządkowuje osoby do kategorii, o których sama ewidentnie nic nie wie.
Desideria podeszła bliżej. Sappho odniosła wrażenie, że Brunetto drgnął, ale wampirzyca nie przejęła się nim. Oczy miała wyłącznie skupione na syrenie.
— Masz rację. Dla mnie nie nikt nie gra niedostępnego. Rozpoznaję fałszywe atencjuszki od prawdziwie interesujących skarbów.
— W takim razie milady musi być świadoma, co widzi każdego dnia w lustrze — odbiła Sappho, czując teraz lepiej, jak czarne loki pachniały drogim dymem, a blada szyja kusiła intensywnymi perfumami.
Przez chwilę miało się wrażenie, że cała sala wstrzymała oddech, czekając na reakcję milady. Brunetto zrobił pół kroku w przód, ale jego ochrona nie była potrzebna.
— Mów mi Desi — powiedziała wampirzyca, wyciągając dłoń. Uśmiechnęły się do siebie.
— Sappho.
Widmo nadciągającej nad morze wichury zmieniło się w lekki wietrzyk swobodnych rozmów. Desideria mówiła wiele rzeczy wprost – prychała na tupet Brunetto, zbywała puste komentarze, krzywiła się na zbyt słodkie komplementy, a tych, których nie lubiła, obdarzała ostrym spojrzeniem. Latini nawet odsunął się na moment, by móc porozmawiać z kimś innym i dać im chwilę dla siebie. Cokolwiek było między nim a Desiderią, nie czyniło go aktywnym członkiem ich dyskusji.
W pewnym momencie wampirzyca zerknęła w bok, zaczęła nieco oględnie:
— Wiesz, nie musisz być z…
Brunetto nie wiedzieć kiedy znalazł się znów tuż obok, obejmując Sappho w pasie.
— Zdążyłyście się polubić?
Syrena popatrzyła to na jedno, na drugie, gdy ich wspólna obecność stała się dziwnie przytłaczająca.
— Bardzo — przyznała, uważnie obserwując tę niemą wymianę, która działa się między nim a milady. Zobaczyła jednak wystarczająco jak na jeden wieczór, a pianino oraz skrzypce zaczęły pięknie przygrywać. — Ale jeśli Desi wybaczy, chciałabym poprosić pana do tańca.
— Z przyjemnością, Sappho — odpowiedział, nie komentując nawet przejętej przez nią inicjatywy. Obrócił się plecami do Desiderii, zabrał ze sobą Sappho, nie przejmując się tym, jak namacalny był wzrok wampirzycy wbity w ich dwójkę.
Ci chętni do tańca utworzyli równe koło na morskiej posadzce, lecz gładko rozstąpili się, robiąc dla nich miejsce, gdy Brunetto szerokim gestem poprowadził ją na sam środek. Wcześniejsza inicjatywa nie miała znaczenia – wystarczył jeden ruch, szybszy, niż Sappho mogła to zarejestrować, a została zgrabnie zagarnięta przez wampirze dłonie, ustawiona równo pod prowadzącą postawę Latiniego. Nauczyła się wystarczająco na swoich dawnych lekcjach tańca, lecz dla Brunetto ten stan wydawał się równie naturalny, co zwykłe chodzenie.
Pianino zagrało inną melodię, zaraz dołączyły się skrzypce, a tancerze ruszyli.
Znów czuła to samo, co w czasie rejsu gondolą – to obezwładniające pragnienie, by zwyczajnie poddać się jego sile obracającą nią w tańcu z niezachwianą pewnością, to poczucie, że gdy odda mu się stery, żadne skały nie okażą się przeszkodą. Sappho dała mu się prowadzić, lecz daleko jej było to zupełnej bierności. Stanowili dwie współpracujące części i nieważne, w jak mocny piruet wprowadzał ją Latini, ona zawsze znajdowała sposób, by nadać jego władzy przeciwwagę. Milczeli, choć Sappho była pewna, że wcale nie tego chcieli.
Melodia stała się głębsza, a Brunetto, wedle kroków tańca, przyciągnął ją bliżej.
— Desidera powinna cię przeprosić za swoje niestosowne zachowanie — podjął w końcu wampir, nagle niesamowicie stanowczy, poważny.
Sappho mogła przysiąc, że gdy wzrok uciekł jej poza krąg tancerzy, dostrzegła przyglądającą im się milady.
— Nie musi.
— Ona jest specyficzną osobą, nawet w naszych kręgach — kontynuował Brunetto, jakby wcale jej nie usłyszał. — Nie pochwalam zupełnie jej komentarzy.
Na ręce Latiniego Sappho rozwinęła się niczym kwiat i zwinęła z powrotem, opierając się o jego pierś plecami.
— Ale również im nie zaprzeczasz — zauważyła cicho, pozwalając dłoni powędrować w górę, dotknąć boku jego twarzy, nim znów ją zabrała, złączyła w chwycie z tą silniejszą na swojej talii. — Ile torebek z krwią ciągnąłeś za sobą, aż je wypiłeś do końca?
— Miałem kochanki przed tobą, Sappho. Przelotnie i te bliższe, tego ukrywać nie zamierzam, lecz nie zapraszam z taką łatwością ich na te przyjęcia.
— A jednak nie chce mi się wierzyć, że dla mnie nagiąłeś te zasady.
Obrót przyszedł o sekundę za wcześniej, nagły i pełen mocy, specjalnie wymierzony, by wytrącić ją nieco z równowagi, bezsprzecznie wciągnąć w swoje objęcia. Musiała na niego spojrzeć, musiała poczuć jego oddech i pierś pracującą jednym tempem mimo wysiłku, gdy wypowiadał kolejne zdania.
— Pamiętasz, co powiedziałaś po rejsie gondolą? — Zrobił pauzę, więc przytaknęła. — Mówiłaś o wartości tego, co sobie dajemy. Tak jak ja rozumiesz cenę i jesteś gotowa ją zapłacić, jeśli widzisz w tym interes dla siebie. Jesteś gotowa zawalczyć o to również. To zaś potrafię szanować.
Zrobiła nieco głębszy krok, oparła się na nim mocniej, jak w wyzwaniu, by ją poniósł dalej, równocześnie nie odrywając od niej wzroku. Tańce, które wykonała w swoim życiu, stanowiły przelotny dialog. Z Brunetto przypominało to przeciąganie liny.
— Każdy na tej sali jest pierwszy do pochwycenia najlepszego interesu dla siebie. Nie wiem, co miałoby mnie od nich odróżniać w twoich oczach.
A jednak mroźnobłękitne oczy zdawały się mieć bardzo szybko, bardzo oczywistą odpowiedź na to.
— Ciebie pragnę mieć na własność.
Łagodna rzeka drogich kryształów, jedwabnych ubrań i nieszczerych uśmiechów wylewała się jednostajnym tempem na skąpane w mroku podwórze. Goście przyjęcia opierali się mocniej na ramionach swych towarzyszy, czekając, aż ich pojazd z pierwszych stron gazet, robiący więcej dymu niż hałasu, zostanie podprowadzony przez szofera. Pomruki zadowolenia, chichoty otumanionych alkoholem głów, parsknięcia drwiny – zmęczone wieczorem odgłosy omywały Sappho, jakby była kamieniem chwilowo muśniętym przez lodowaty potok, który pamięta słowa szemrane przez pierwszą falę i zapomina je wraz z nadejściem kolejnej.
Patrzyła na nich, słuchała, i miała wrażenie, że mogłaby się odnaleźć w tym świecie u boku Brunetto. W oceanie kłamstw, sieci powiązań i rozgrywek mających zapewnić nieco więcej kontroli nad innymi. To nie było jej młodzieńcze marzenie, lecz dorosłe życie rozszarpuje te marzenia i przekształca w użyteczne narzędzie, które nie zawiedzie tak jak niespełnione nadzieje. Przestała się łudzić, że istnieje inna droga, że coś łagodnego i szczerego jest w stanie przetrwać i nie zostać złamanym, skrzywdzonym.
— Czy bawiłaś się dobrze?
Sappho wzdrygnęła się, wyrwana z własnych myśli, obejrzała się przez ramię. Jeśli była jedna rzecz, którą pragnęła zmieniać w wampirach, to ich zadziwiającą umiejętność do pojawiania się znikąd, jakby każdy cień należał do nich, każdy martwy punkt spojrzenia był ich oazą życia. Desideria uśmiechała się delikatnie, zaczepnie, zdecydowanie nie tak, jak szlachciance przystoi, rozpuszczając wokół zapach dymu i nieprzyzwoicie odurzających perfum. Sappho nie powstrzymała się, wyraz na tym aroganckim obliczu był zbyt zaraźliwy, by nie odpowiedzieć na niego podobnym uśmiechem.
— Lepiej, niż przypuszczałam — przyznała.
Desideria uniosła nieco podbródek na ten komentarz, choć zdawało się, że wyżej już się nie da go trzymać. Otworzyła usta, zawahała się, rozglądając się przelotnie za czymś, kimś, jednak jeśli szukała Brunetto, nie było go w okolicy. Został w środku, by porozmawiać z jakimś dalszym kuzynem, Sappho czekała na niego na zewnątrz. Jego brak zdecydowanie podpasował Desi, odezwała się swobodnie.
— Zauroczyłaś mnie sobą, Sappho. Chciałabym zaproponować przedłużenie tej zabawy. Kawałek na południe od Luminarii mam małą posiadłość nad jeziorem. Markiz Castellan liczył na odwiedzenie mnie tam w najbliższej przyszłości, żeby omówić pewne… ustalenia, ale jest to mężczyzna, który nie byłby w stanie mnie rozbawić, choćby jego życie od tego zależało. — Obie zaśmiały się cicho, grzecznie, choć błysk w ciemnych oczach Desiderii zdawał się pragnąć czegoś więcej, czegoś bardziej otwartego i pełnego w swej naturze. — Może chwilę poczekać. Czy zrobisz mi tę przyjemność i przybędziesz na moje zaproszenie?
— Czy właśnie otwarcie przyznałaś, że jestem kimś lepszym od samego markiza? — podpuściła ją Sappho.
Desi uśmiechnęła się szczerzej, drapieżniej.
— Tak. I chętnie powtórzę te słowa.
Tym razem to Sappho zerknęła w głąb korytarza posiadłości, spodziewając się zobaczyć tam Latiniego. Uczyniła to zupełnie bezwiednie, zastanawiając się, co on by powiedział na taką propozycję. Czy by mu to przeszkadzało, gdyby przyjęła zaproszenie Desiderii? Wtem jednak powstrzymała się z dalszymi rozważaniami, zaskoczona, jak łatwo jej przyszło szukać u niego aprobaty, gdy przecież jego zdanie nie powinno się w tej kwestii liczyć. Spojrzała znów na wampirzycę, odpowiadając na ten złakniony błysk w jej oczach.
— Przybędę.
Więcej Desideria nie oczekiwała. Odeszła, ukontentowana zgodą Sappho, mijając się w korytarzu akurat z Brunetto. Ten zerknął na nią, jego twarz przelotnie stwardniała jak zaschnięta, popękana glina z ostrymi krawędziami. Milady podniosła głowę, lecz Sappho nie miała pojęcia, co próbowała przekazać własnym spojrzeniem. Niewiele brakowało, by zepchnęli się ramionami.
Desideria zniknęła za zakrętem, a Latini na powrót płynnie uformował czarujący uśmiech na widok Sappho. Poprowadził ją nieco na bok, stanął w cieniu kwitnącej magnolii.
— Mam coś specjalnego na zakończenie tego wieczoru — powiedział, posyłając jej półuśmiech i wyciągając z kieszeni spodni niewielkie pudełeczko.
Zamszowe wieczko, zlewające się swą granatową barwą z mrokiem, uniosło się, ukazując złoty blask kolczyków. Smukłe, zawinięte lekko muszle porastały drobne diamenty niczym skorupiaki kadłub statku, a z ich końca zwieszały się lśniące bielą perły, niewątpliwie pozyskane z największych głębin przez same syreny. Sappho podniosła wzrok znad biżuterii.
— Wydawało mi się, że ustaliliśmy, że nie bawię się w przekupstwo — zarzuciła Latiniemu, lecz coś w jego uśmiechu mówiło, że on wręcz czekał na taką odpowiedź.
— To nie zwykłe kwiaty czy czekoladki. Zostały zrobione specjalne na moje zamówienie.
Chciała mu powiedzieć, że to nic nie znaczyło. Chciała zaśmiać się cicho, podziękować i zaproponować, że następnym razem je przyjmie. A najbardziej, mimo wszystko, chciała dać mu się rozpieścić – wbrew temu, co było słuszne oraz rozsądne. Nie uważała, że to alkohol ją uczynił bardziej podatną na urok chwili, gdyż całe dzisiejsze przyjęcie poruszyło wrażliwą na piękno część duszy. Rozkochała się w tej napiętej, lecz pięknej atmosferze, w ruchach, które połączyły ich w tańcu, w słowach będących zawsze zaproszeniem do nieustępliwej kontynuacji. Pływanie po wodach wzburzonych przez uśmiech Brunetto robiło się wyłącznie trudniejsze, bo Sappho nie mogła pozbyć się wrażenia, że każda kolejna odmowa po tej przyniesienie jej więcej żalu.
Popłynęła z lodowatym i silnym nurtem, patrząc prosto w mroźnobłękitne oczy.
— Załóż mi je.
Cień błysnął kłami.
— Wedle życzenia.
Podszedł, a Sappho stała nieporuszona, pozwalając jego dużym dłoniom pracować z zaskakującą wprawą i łagodnością. Odsunął pojedyncze, złote pasma za ucho, by móc wypiąć obecnie tkwiący w dziurce kolczyk. Oddał go jej, po czym ciepło silnych palców musnęło syrenie policzki, opuszki pogładziły płatek ucha. Dotyk był przelotny, delikatny, nie miał trwać wiecznie, ale zdecydowanie miał pozostawić na skórze rozpraszające pytanie, w co mógłby się rozwinąć, gdyby dano mu szansę.
Gdy Brunetto skończył, stanął na powrót przed nią, przyglądając się uważnie.
— Jak wyglądam? — zapytała cicho Sappho, przekręcając nieco głowę. Wampir ofiarował jej lekko rozbawione spojrzenie, ujął jej brodę, by ustawić twarz innym profilem.
— Urzekasz mnie niezwykle — zamruczał.
Nie była to dokładnie odpowiedź na pytanie, lecz Sappho mimo to uśmiechnęła się delikatnie, bo jego głos brzmiał znajomą, miękką absolutnością morskich głębin zamykających się nad syrenią głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz