29 listopada 2025

Od Tristana – Kamera

Tristan wyszedł z biura z promieniującym na całą czaszkę bólem. Nie spał całą dobę, zaszyty w aktach nowej sprawy, próbując połączyć odległe od siebie kropki. Znów dostał grupę żółtodziobów do pomocy, które trzęsły się na sam dźwięk jego kroków, a gdy zadawał pytania, gubiły głos. Coś tam wiedziały, ale działali za wolno, zbyt ostrożnie, całe dochodzenie było praktycznie na jego barkach. Nic nowego. Nosił ten ciężar jak starą koszulę, przyzwyczajony do każdej poprutej nitki i zagięcia, znający doskonale jej fakturę. Westchnął, minął bramę, zmierzając do samochodu zaparkowanego na ulicy, bliżej kiosku z jego drugimi ulubionymi, tanimi papierosami, bo te najlepsze to były w jego osiedlowym. Kluczyk pojawił się w dłoni, zapiszczał, pojazd mrugnął do niego światłami. Tristan przeszedł na stronę kierowcy.
— Kurwa mać — warknął siarczyście, spostrzegający niechcianą niespodziankę.
Bok samochodu wyglądał, jakby przeorał go zderzak od traktora i może tak właśnie było. Lusterko leżało na ziemi niczym poległy żołnierz wyciągający resztki plastiku w stronę zwisających kabli, paskudne rysy odznaczały się na czarnej karoserii, wgniecenia zmieniały gładką powierzchnię w wyboistą drogę żałości. Tristan do razu spostrzegł, że kół nie przebito, przez okno nie wrzucono mu martwego zwierzęcia, a drugi bok pozostał nietknięty – czyli nie sabotaż ani zemsta, których już nie raz doświadczył. Ktoś zwyczajnie rozjebał mu samochód i spierdolił.
Ostre wiązanki leciały niepowstrzymaną falą z ust. Agent rozejrzał się wokół. Z rogu pobliskiego budynku przyglądała mu się mała, szara kamera z migającą, czerwoną diodą, obwieszczającą, że sprzęt stał na swojej warcie.


Na ekranie służbowego komputera wyświetlały się wszystkie dane osobowe, wykroczenia i ubezpieczenie na potężnego pick-upa. Tristan wybrał numer telefonu delikwenta, zadzwonił, postukując niecierpliwie długopisem o blat biurka, gdy sygnał leciał i leciał, i leciał. Ktoś wreszcie odebrał.
— Pan Pepite Poulet? — powiedział agent, wykorzystując resztki swojej silnej woli, żeby nie zwyzywać na miejscu trolla, którego zidentyfikował po obrazie z kamery.
— Tak…? — Ciężki, pobrzmiewający głębią jakieś zapomnianej jaskini głos trochę niepewnie odezwał się w słuchawce.
— Tristan Fragarach, agent specjalny Głównego Biura Śledczego Novendii. Chciałbym z panem omówić sprawę samochodu, który uszkodził pan w zeszły piątek o godzinie osiemnaście trzydzieści dwa, wyjeżdżając z parkingu. — Chwycił mocniej długopis w dłoń. — Czyli sprawę mojego samochodu.
Troll zrobił się tak zaskakująco cichy, że Tristan aż sprawdził, czy się z nim nie rozłączył.
— Mnie nie było — odparł wreszcie Poulet, próbując nadać swoim słowom absolutną pewność.
— Słucham?
— Ano nie było, nie przywiało. Ja nie głupiś. Ja pamiętam, żem zupę z elfa i cebuli robił. — Zaśmiał się niezręcznie. — Powiedzenie takie. Nie prawdziwego elfa.
Obudowa długopisu cicho stęknęła przez chwyt Tristana.
— Panie Poulet — stanowczy i chłodny ton mógłby oszronić monitor — mam nagrania z kamer monitoringu, na których widać rejestrację pana pick-upa, widać nawet, jak wysiada pan z samochodu, macha ręką i ucieka bez zostawienia chociaż kartki. Jestem łaskawie gotów rozwiązać to polubownie – pan zapłaci za mechanika, a sprawa nie trafi nigdzie dalej, koszta nie urosną i każdy pójdzie w swoją stronę.
— Mnie nie było — uparł się przy swoim troll. — Nie do widzieć, panie Fagacie.
Połączenie się skończyło, a długopis złamał się w dłoni Tristana. Marhalt zarechotał wkurwiająco gdzieś z tyłu jego głowy.


Komisariat tętnił poddenerwowanymi sarknięciami i intensywnym zapachem kawy łamiącej co najmniej kilka konwencji o ochronie życia istot wszelakich, bo takie stężenie pierdolnięcia i goryczy w jednym kubku nie powinno być legalne. Tristan przybył na wezwanie Andrei mającej podobno jakieś nowe poszlaki. Spora część funkcjonariuszy podchodziła do niego niepewnie, ale policjantka na recepcji widziała i słyszała już wystarczająco, żeby mieć zupełnie wyjebane. Skinęła mu głową, agent odpowiedział, przepadł zaraz między biurkami otwartej części komisariatu, idąc żwawym krokiem do biura Andrei.
— To pan Fagat? — Usłyszał wtem za plecami dziwnie znajomy głosy, lekko ściszony, lecz zaraz jego właściciel zawołał tubalnie. — Panie Fagacie!
Nad jednym ze stanowisk wyrastała góra szaro-brązowej masy, jakby lawina błotna przelała się przez wzgórze, a teraz zaczął porastać ją rzadki mech. Łysa głowa poznaczona była wypustkami podobnymi do grobli, czarne paznokcie poobgryzano, szmatę robiącą za koszulkę chyba wymyto w bagnie. Tristan obrócił się, podszedł powoli do jegomościa.
— Pan Pepite Poulet — rozpoznał trolla, co Pouleta od razu niezmiernie ucieszyło. Gestem dłoni polecił mu podejść bliżej, wskazał chropowatym palcem na papiery, które młody policjant siedzący naprzeciwko próbował utrzymać w czystości, zrzucając grudki ziemi na podłogę.
— Bo mi tu tysiące liczą — powiedział troll. — O, widzi pan? Tysiące. Za to lusterko i rysę. Ale my się dogadać możemy, nie?
Tristan pochylił się, udał, że wczytuje się w policyjną dokumentację, bo przecież sam doskonale wiedział, co na niej się znalazło. Ledwie kilka dni temu dzwonił w tej sprawie.
— Ładna ta suma odszkodowania — mruknął, widząc aż pięć zer za jedynką. — Starczy mi na wymianę lamp również.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz