23 listopada 2025

Od Dantego – Wzór

— Jeśli miałabym mieć syna — Desi zawiesiła na moment głos, wypuściła powoli dym przez usta — to nazwałbym go Dante.
— Czemu Dante?
— Bo zaczyna się na „d” tak jak moje imię, więc oczywiście, że ładnie brzmi. — Sappho zaśmiała się na bezsporny ton wampirzycy, kątem oka dostrzegał również jej uśmiech. — Poza tym oznacza „niezłomny”. To dobre imię.
— A ja już myślałam, że zainspirowałaś się tym jednym poetą.
— Kogo obchodzą poeci? — prychnęła Desi, zaciągając się ponownie papierosem przez długą lufkę. — Znałam paru i wcale nie krzyczeli w łóżku rymami.
Sappho nie powstrzymała śmiechu, a dźwięk ten pomknął łagodną falą nad taflą jeziora, rozpraszając się w otaczającym wodę lesie. Poznała już to miejsce wystarczająco dobrze, by kochać je i tęsknić, gdy wolny dzień nie przychodził wystarczająco szybko i musiała tkwić w swoim biurze w Luminarii. Lekki chłód jeziora i promienie solmaryjskiego słońca łączyły się w idealnym balansie na jej skórze, rozpieszczając ciepłem i kusząc orzeźwieniem, wzrok nie potrafił oderwać się od drzew wyznaczających krzywą linię horyzontu, od rozbłysków światła chwytanych łakomie przez wodę, od zapachu beztroski i nadziei, że zachód przyjdzie o kilka minut później. Sappho, wygodnie wyłożona na wiklinowym leżaku, przekrzywiła głowę. Desideria już się do niej uśmiechała, schowana częściowo pod czarną koronkową parasolką.
Stały się sobie bliskie, bliższe, niż Sappho sądziła, że to możliwe. Brunetto zabierał ją na kolejne przyjęcia, a Desideria zawsze czekała tam, by zamienić z nią słowo, zaprosić znów na szampana, lenistwo nad wodą, obiad w jej uroczej kryjówce chroniącej przed całym światem. Sappho sądziła, że to się wreszcie znudzi wampirzycy, że po którymś ostrym spojrzeniu wymienionym z Latinim odejdzie, bo Sappho zawsze była w towarzystwie Latiniego. Jednak Desi nie przestawała, ku uciesze syreny, nie stawiała między nimi murów. Wręcz przeciwnie – wydawała się złakniona kogoś, kto przestąpiłby próg tej fortecy złożonej z kąśliwych uwag i ciętego języka, by poznać komnatę lęków i słabości.
Dlatego im dłużej Sappho przyglądała się temu uśmiechowi, tym lepiej dostrzegała smutek w ciemnych oczach, będący nie więcej niż błyskiem pękniętej monety na dnie wieloletniej studni.
— Czy naprawdę rozważasz ślub z markizem? — zapytała cicho. Desi żartowała o swoich planach na małżeństwo, oględnie zaczynała mówić o założeniu rodziny, lecz nigdy nie powiedziała niczego wprost. — I dzieci z nim?
Uśmiech wampirzycy, nieważne, jak smutny, przepadł i Sappho przez chwilę żałowała, że się odezwała. Desideria zapatrzyła się na wodę, sprawiając wrażenie, że przemilczy zaraz zupełnie temat.
— Sama podniosłam nazwisko mojej rodziny z ruiny, gdy matka przegrała pół majątku w karty, ojciec z kolei drugie pół przepił — mruknęła w końcu, choć nie było to nic, o czym Sappho nie wiedziała. Widziała schowane w piwnicy portrety, płótna poszarpane w gniewie. — Nie dotarłam tu, gdzie jestem, dlatego, że byłam głupia. A związanie się z markizem nie jest głupią decyzją.
— Nie brzmisz na przekonaną.
Smukła pierś uniosła się przy głębokim, wypełnionym dymem wdechu. Desi nigdy się nie krztusiła przy paleniu i nawet teraz nie wyglądało na to, że coś ma się zmienić.
— Potrzebuję jego przyjaciół. Jego nazwiska, żeby nikt nie próbował podkopać fundamentów, które stworzyłam. Mam więcej wrogów, niżbym chciała i nie obronię się przed wszystkimi sama. — Zacisnęła usta, dodała ciszej: — A już na pewno nie obronię sama moich dzieci, jeśli rzeczywiście zostanę matką.
Sappho zawahała się. Nie miała idealnych słów ani pocieszenia przygotowanego dla Desi, gdy sama była pogodzona z faktem, że bajki kończą się na ostatnich stronach, a życie biegnie dalej, nie oglądając się na ciebie, nie pytając, czy dajesz radę. Bycie matką rozważała zawsze w bardzo hipotetyczny sposób, kreując wręcz marzycielski scenariusz, który nie miał prawa się ziścić. Mimo to myślała czasem o nim. I przytłaczała ją sama myśl o tym, co by zrobiła, gdyby się nie spełnił, życie biegłoby przed siebie, a ona musiałaby odnaleźć się na nowo w pękniętej rzeczywistości. Nie potrafiła pomóc Desiderii z tym, tak jak nie potrafiła pomóc sobie.
— Jestem szczerze pod wrażeniem, że ktokolwiek chciałby ci zagrozić — odparła, miast tonąć wraz z Desi w powodzi niepewności oraz strachu. Wampirzyca uśmiechnęła się ponownie, tylko kątem ust.
— Sama się o to proszę czasami.
Widoki z bankietów powróciły – twarde spojrzenia wymieniane z Brunetto, rosnące napięcie między nimi, jakby drzwi klatki miały się zaraz otworzyć i wpuścić ich na ring, gdzie w końcu się zamęczą i przetrwa najsilniejszy.
— Tak jak robisz to z Latinim?
Desideria przesunęła powoli wzrokiem po syrenich kostkach, wystających spomiędzy fałd lekkiej sukienki nogach, po biodrach i łagodnie zarysowanych ramionach. Ich spojrzenia się skrzyżowały i Desi patrzyła nieco zbyt długo, żeby prawdziwa odpowiedź była tak prosta, jak to, co Sappho usłyszała.
— Tak. Ale ani trochę nie żałuję.
I nigdy już nie miały się dowiedzieć, czy Sappho byłaby zdolna powiedzieć coś więcej, bo sztormowe oczy zerknęły ponad ramieniem Desi, dojrzały znajomą sylwetkę, przez którą syrena bezwiednie się uśmiechnęła.
Brunetto swym mocnym, stanowczym krokiem przecinał trawnik wokół posiadłości, zupełnie ignorując ledwo nadążającego za nim lokaja z parasolką. Biednemu ręce odpadały od prób wyciągnięcia jej ponad ułożoną czerń włosów, z której zawadiacko wysunął się pojedynczy lok na czoło. Wampir jedną dłoń trzymał nonszalancko schowaną w kieszeni jasnych spodni, drugą sięgał po okulary słoneczne, uśmiechając się szerzej, gdy zauważył, że Sappho go dostrzegła. Desi obejrzała się po chwili, pomruk niezadowolenia wydostał się z jej ust.
— Przyszedł niszczyciel dobrej zabawy — burknęła. Gdy Latini wspiął się po schodach na werandę, uśmiechnęła się promiennie, zupełnie nieszczerze. — Brunetto Latini, cóż za zaszczyt nas kopnął, że zjawiłeś się na czas obiadu.
Wampir rzucił jej przelotne spojrzenie, jakby była robakiem przysiadłym na jego ramieniu i zaburzającym perfekcję idealnie białej koszuli. Jego uwaga praktycznie całkowicie wymierzona była w Sappho, mimo iż zwracał się do Desiderii.
— Milady, dziękuję za miłe zaproszenie, lecz z przykrością muszę odmówić, jestem zaangażowany w inne plany. — To mówiąc, skłonił się lekko, nadstawił muskularne ramię. — Sappho, moja droga, zarezerwowałem dla nas stolik w tej restauracji na molo wysuniętym w stronę morza. Zapraszam.
Spotkania z Desiderią zawsze tak się kończyły – w pewnym momencie Brunetto po prostu się pojawiał, oferował swoje ramię, a Sappho opierała się na nim, dając się zabrać na spacer nad morzem, do restauracji, na koncert w filharmonii i gdziekolwiek jeszcze, gdzie wampir pragnął spędzić z nią czas. Raz Desi zaprosiła ją do zupełnie innego domu, o którym Brunetto podobno miał nie wiedzieć, lecz naiwnym było sądzić, że nie odkryje ich i nie znajdzie ponownie. Sappho nie przyznała się nigdy wampirzycy do tego, jak wtedy jej serce lekko, w miłym zaskoczeniu podskoczyło.
Podniosła się płynnie z leżaka, nie zastanawiając się da razy nad propozycją Brunetto, spojrzała przepraszająco na przyjaciółkę. Choć przecież ta wiedziała, że to się tak skończy.
— Przykro mi, Desi.
Nic już nie błyszczało się w ciemnej studni, Desideria wysiliła się na uśmiech.
— Miłej zabawy.
Lecz przeszli może dwa kroki, nim wampirzyca odezwała się ponownie.
— Bruno. — Sappho mogłaby przysiąc, że słyszała, jak poważny, nieugięty pan Latini wciąga cicho, z irytacją powietrze. — Chcę zamienić z tobą słowo.
Nie było najmniejszego sensu pchać się między nich. Sappho rozpoznała samochód Brunetto czekający na podjeździe, tę smukłą i podłużną bestię, więc zgrabnie wyślizgnęła się spod ramienia wampira i bez słowa skierowała swoje kroki do niej. Spojrzała tylko raz przez ramię, by zobaczyć stojącą przy Latinim Desiderię, lekko zesztywniałą, bo to nie ona wcale mówiła, lecz Brunetto, pochylony przy jej uchu.


Samochód pędził na granicy legalności, ale czym była legalność, gdy twoje nazwisko znali prawie wszyscy w policji, a młodziki, które chciały wykazać się uziemieniem najbardziej nieuchwytnego prawnie wampira, zostawały doprowadzone do porządku przez starszych z opchanymi łapówkami kieszeniami. Kiedyś z ciekawości Sappho zapytała o tych, którzy nie byli zupełnie przychylni takim taktykom i głośno o tym mówili. Brunetto wtedy uśmiechnął się w odpowiedzi, leniwie przyglądając się horyzontowi, tak jak objedzony lampart z wysokości spogląda na rozszarpane własnymi pazurami zwłoki, już nieciekawe i niezajmujące jego uwagi.
Teraz jednak Brunetto wcale się nie uśmiechał, a jego palec stukał o kierownicę, czego nigdy nie robił. Zdradzał go. I choć nie wróżyło to niczego dobrego, była to kolejna z rzeczy, którymi zaczęli się dzielić – nie myśleli tyle o gestach, o maskach, o pozorach w swoim towarzystwie. Nie sądziła, że ktoś pokroju Brunetto będzie w stanie opuścić na tyle swoje mury, lecz dla niej wydawał się gotowy, by spróbować.
Podróż niezwykle się dłużyła bez jego głosu. Znów milczał, przypominając jej pierwszy ich wspólny bankiet i taniec po rozmowie z Desiderią.
— O czym rozmawialiście? — odezwała się w końcu sama, nawet po to, żeby usłyszeć, jak mówi „nieważne”, „nic wielkiego”, „opowiem ci później”. Cisza od niego przytłaczała mocniej od zgrabnie dobranych słów, między które rozmówca nie mógł się wcisnąć.
— O tobie — odpowiedział, jakby nie istniało nic bardziej oczywistego. — Wytłumaczyłem Desi parę rzeczy, których ewidentnie nie rozumiała.
Odezwał się z większą dozą jadu, niż to było koniecznie. Niespokojna natura jego relacji z Desiderią nie stanowiła dłużej zaskoczenia, mimo iż żadne z nich nie chciało wytłumaczyć, co za drzazgi wbito pomiędzy nich, bo Sappho zdecydowanie nie była pierwszą. Jednak coś w sposobie, w jaki wypowiedział jej imię, jakby smakowało duszącym dymem, przykuło uwagę syreny.
— Jesteś zazdrosny o Desi — stwierdziła z cieniem rozbawienia, co Brunetto skwitował krótkim, ostrym prychnięciem.
— Oczywiście, że jestem. Każdy by był, gdyby widział, jak ona na ciebie patrzy.
Patrzy na mnie tak, jak ja patrzę na ciebie. Myśl nie była jej obca, sunęła po falach jej umysłu od jakiegoś czasu, a ona zastanawiała się, czy przetrwa sztormy wątpliwości, czy wątła łódeczka utrzyma się i przemieni w statek z pełnymi żaglami. Wiedziała o kiełkujących uczuciach Desiderii, lecz wampirzyca musiała mieć również świadomość, że wzrok Sappho był jedynie zwierciadłem odbijającym podobne jej pragnieniom uczucia w stronę kogoś zupełnie innego. Ich spotkania miały ustalony wzór, rozpoczynane w momencie uściśnięcia siebie na przywitanie i kończone w chwili zjawienia się Brunetto, aż Sappho zaczęła się zastanawiać, wbrew temu, jak uwielbiała czas spędzony z Desi, czy cieszyło ją bardziej przyjmowanie zaproszeń wampirzycy, czy pewność, że niedługo zjawi się Latini. Wcale nie chciała dzielić się odpowiedzią z Desi.
Spojrzała na Brunetto, jego sylwetkę zawierającą niezaprzeczalną siłę, niezachwiane ramiona, duże i pewne dłonie, wysokie kości policzkowe zdolne zranić swoją ostrością, oczy wpatrzone w cel i usta zdolne go osiągnąć wykalkulowanymi słowami. Dopinał swego wedle woli, a przeszkody pokonywał lub niszczył, nie uznając żadnej za niemożliwe wyzwanie. Miał dla niej zawsze odpowiedzi i wyciągnięte ramię, by ją przytrzymać, choć nie chciała przyznać, jak kojące to dla niej było. Był potęga, o którą nie prosiła, a którą nauczyła się doceniać.
Oczy Desiderii skrzyły się nieujarzmionym ogniem w porównaniu do spokojnego, mroźnego błękitu Brunetto. Jej duch wirował jak najpiękniejszy płomień, tak swobodnie tańczący po palących się ciałach swoich adwersarzy i rzuconych na stos oczekiwaniach względem swojej osoby. Ale ogień podziwiało się najlepiej z daleka, wygrzewając się w jego blasku, zaś Sappho po całym dniu pragnęła wrócić do czegoś stałego, pewnego, przypominającego jej spokój głębin i ciszę pod taflą oceanu chwytającego ją z całą mocą w swoje objęcia.
Jej opuszki same odnalazły nadgarstek Brunetto, obrysowały twarde kostki, przelotnie dotknęły palców zaciśniętych na gałce zmiany biegów, a dotykowi towarzyszył pewien rodzaj zamyślenia, ciekawości – co poczuję, gdy cię puszczę? Ulgę czy rozpacz? Wytchnienie czy pożądanie? Dłoń przesunęła się na przedramię, mięśnie pod nią zadrgały, zupełnie inaczej, niż gdy trzymali się w czasie przyjęć.
— Ale ja wcale nie siedzę teraz z Desi, prawda? — zauważyła cicho, jej głos miękki, omywający to niemożliwe do zignorowania uczucie tak jak fala omywa brzeg, do którego zawsze pisane jest jej powrócić.
Brunetto poczekał, aż jej palce powróciły na jego dłoń, splotły się z tymi silnymi, a potem się uśmiechnął. Powoli, rozbrajająco, błyszcząc kłem i może, gdyby Sappho zapragnęła przyjrzeć się lepiej mroźnemu błękitowi niż pozwolić sobie w nim utonąć, zmartwiłoby ją to bardziej, że oblicze lodowca miało w sobie więcej radości ze zwycięstwa nad Desiderią niż ciepła płynącego z jej bliskości.


Nie pojechali do restauracji. Brunetto bez słowa wybrał zjazd na rondzie prowadzący do zupełnie innej nadmorskiej miejscowości. Sappho rozpoznała ją z dokumentów dla nieruchomości, której zakup pomagała mu sfinalizować. Słońce posyłało ponad linią horyzontu ostatnie tchnienie swych promieni, gdy dojechali na miejsce. Ich dłonie pozostały złączone, póki Brunetto nie zatrzymał samochodu przed wejściem.
Podobno wampiry słyszały lepiej bicie serca. Czy słyszał jej, gdy z każdym jego krokiem, którym okrążał pojazd i zbliżał się do drzwi pasażera, przyspieszało, chciało, pragnęło? Nie musiała nic robić – Brunetto szarpnął za klamkę, wsunął ręce pod jej kolana oraz plecy, płynnym ruchem wyciągając ją z samochodu i tuląc do swej piersi, a jego nogi zabrały ich do domu.
Wpadła w te kojące wody pewnego chwytu, przyjmując jego siłę, bezpieczeństwo, jego obietnicę, że jej nie puści, ona zaś zaufała. Pozwoliła mu na wszystko, lecz on chciał, by sama mu to dała. W zapadającym mroku świdrował ją błękitnymi oczami, czekając, aż morze przybędzie do niego. Sappho uśmiechnęła się lekko, ujęła jego policzek.
— Bruno — szepnęła ustami pomalowanymi czerwoną szminką i pocałowała zuchwały półuśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz