Łagodna biel wnętrza świątyni upodabniała ją do zaklętej muszli, pełnej perłowej poświaty i skarbów z głębi oceanu. Niewielka, lecz bogato zdobiona, zachwycała gubiącymi wzrok detalami, delikatnymi zdobieniami z koralowców, macicy perłowej, odłamków opalizujących muszli, klejnotów o niezwykłych barwach, znajdowanych jedynie głęboko pod powierzchnią wody. Ściany pokrywały mozaiki przedstawiające morskie stworzenia – wijące się ośmiornice z przedziwnymi mackami, majestatyczne wieloryby płynące przez ciemność otchłani, ryby głębinowe z fosforyzującymi narządami świecącymi w mroku. W łukowatych, organicznych formach, odbijała się asymetria prawdziwego życia, tak różna od tego, co przez wieki uznawano za piękne, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób porywająca, uspokajająca, unosząca myśli ku czemuś nieuchwytnemu. Kolumny wspierające sklepienie świątyni przypominały kształtem żywe koralowce, pokryte niezliczonymi drobnymi ornamentami, złudzeniem morskich gąbek i ukwiałów. Niczym zgubne światła podwodnych drapieżników, wiecznie otwarta świątynia Dagona obiecywała spokój i bezpieczeństwo tym, którzy znajdą się w jej murach.
Słońce uśmiechało się do świata ciepłem wczesnego lata, a jego promienie przesączały się przez ozdobne okna, malując na posadzce tęczowe plamy światła. Pogodny zaśpiew ptaków dominował nawet odległy dźwięk ulicy – gdzieś daleko ktoś krzyczał, ktoś się śmiał, lecz tu, w pobliżu świątyni, panował nastrój uroczystego skupienia. Wierni zebrali się już, odświętnie ubrani w błękity, biel i zielenie, wpływając szeleszczącą, mieniącą się ławicą do wnętrza swego sanktuarium. Zajęto miejsca w ławkach, muzyk ułożył dłonie na szkle harmoniki i spokojna cisza wypełniła się sławiącą Dagona pieśnią.
Melodia płynęła leniwymi falami, hipnotyczna i spokojna, pełna dziwnych interwałów przypominających szum morza i krzyk mew. Dźwięk szkła miały w sobie coś nieziemskiego, jakby nie należały do świata śmiertelników, lecz do samych głębin. Parę minut, by umysły wiernych zapadły się w ten łagodny, kontemplacyjny nastrój, by wszystkie myśli skierowały się ku morzu i śpiącemu na jego dnie Przedwiecznemu, a potem Undine wkroczyła do środka.
Jej kapłańska szata miała barwę lazurowego morza, zapraszającego w swe ciepłe, kołyszące objęcia, a delikatny materiał zdawał się drgać i iskrzyć, niczym tafla wody, z każdym gestem kapłanki. Długie włosy opadały miękkimi falami na ramiona i plecy, spojrzenie zaś i łagodny wyraz twarzy obiecywały, że w murach tej świątyni na wiernych czeka tylko szczęście. Muzyka ucichła wśród ostatnich akordów, Undine zaś weszła na podwyższenie, stanęła przy centralnym pulpicie, rzeźbionym na podobieństwo morskiej fali rozbijającej się o skały. Kapłanka objęła wzrokiem swoje zgromadzenie, a na jej twarz wypłynął łagodny, niemalże matczyny uśmiech.
— Bracia i siostry moje, wierna ławico! — zaczęła, a jej zaklęty głos poniósł się po pomieszczeniu, odbijając od ścian i wracając echem, jakby same mury świątyni powtarzały jej słowa. — Niechaj chłód morza koi wasze zmysły, a mądrość Głębin oświeca wasze ścieżki! Dusza ma raduje się, widząc was tutaj, bo choć nasza kongregacja nie jest tak liczna, jak inne kulty, jej serce bije z siłą, o której inni mogą tylko marzyć.
Szelest przetoczył się przez zgromadzonych wiernych, kiwano głowami, zgadzano się ze słowami kapłanki.
— Dzisiaj nastał dla nas specjalny dzień, bo oto morze, które nas zrodziło, obdarzyło nas nową falą. Dzisiaj witamy wśród nas najmłodszego członka naszej kongregacji, syna Yejide i Adetokunbo. — Mała pauza, Undine spojrzała w stronę siedzącej w pierwszej ławce dwójki młodych osób i skinęła im głową. — Dagon sprzyja wzrastającej sile, a każde nowe życie jest nową szansą, świeżym podejściem do odwiecznej prawdy. Niech to dziecko będzie czystą kartą, na której wola Głębin zapisze swoje przeznaczenie.
Undine zapraszająco wyciągnęła dłoń, a sam jej uśmiech obdarzał świeżo upieczonych rodziców specjalnym błogosławieństwem. Wstali ze swej ławy – Yejide w sukni barwy morskiej piany, Adetokunbo w szacie granatowej jak głęboka otchłań – i podeszli powoli, z godnością, trzymając zawinięte w morskie błękity i spienione koronki niemowlę. Ich kroki były pewne, na twarzach zaś malowała się duma i radość. Undine zwróciła się do nich, kładąc dłoń na ramieniu Yejide i Adetokunbo:
— Jakie imię pragniecie mu nadać?
— Olumide, wielebna.
— Olumide — powtórzyła Undine, smakując brzmienie słowa. — „Bóg przybył". Piękne imię, niosące w sobie obietnicę Przedwiecznych i nasze przeznaczenie.
Undine wyciągnęła ramiona, odebrała zawiniątko od rodziców, przyciągnęła je do piersi. Udała się z nim kawałek dalej – tam, gdzie słona, morska woda, krystalicznie czysta i przejrzysta, wypełniała głęboką, kamienną misę, zaraz obok niskiego ołtarza. Biel polerowanego marmuru zdawała się iskrzyć w świetle wpadającego przez kryształowe okna słońca, sprawiając, że hipnotyczne wzory tańczyły na ścianach i suficie, upodabniając całą świątynię do jakiegoś nierzeczywistego miejsca poza czasem. Undine tymczasem ułożyła niewinne niemowlę na ołtarzu, wprawnym ruchem zaczęła odwijać materiał. Malec poruszył się, gdy ostatni skrawek pieluszki zniknął, a chłodne powietrze sięgnęło cienkiej, wrażliwej skóry. Undine pochyliła się nad dzieckiem z uśmiechem, znów wzięła je na ręce i podeszła do pełnej słonej wody misy.
— Dagonie, Panie Głębin, Ojcze nasz i Stwórco! Spójrz na to małe, kruche ciało i uczyń z niego nowe narzędzie Twojej woli! Spraw, by wzrastało podług Twojego światłego przewodnictwa, by zajęło należne mu miejsce w oplatającej wszystko sieci życia. Niech jego serce bije w rytm przypływów, niech jego oddech śpiewa pieśń fal!
Kapłanka wyciągnęła dziecko nad wodą.
— Niech ta woda zmyje wszelkie złudzenia, wszelkie słabości i kłamstwa, którymi świat karmi niewinnych. — Głos Undine nabrał niemal śpiewnej kadencji, rytmicznej jak szum oceanu. — Niech oczyści jego umysł, niech wzmocni serce i pozwoli mu podążyć drogą Przedwiecznych. Przebudź się, Olumide!
To powiedziawszy, Undine mocniej chwyciła niemowlę i jednym ruchem zanurzyła je w zimnej wodzie. Poczuła, jak dziecko momentalnie naprężyło się, wierzgnęło i szarpnęło w jej dłoniach, lecz kapłanka trzymała mocno i pewnie, nie pozwalając mu się wyślizgnąć. W ułamku chwili dziecko powróciło spod powierzchni, drąc się całą siłą swych niewielkich płuc, w panice machając małymi piąstkami i kopiąc krótkimi nóżkami. Nie zachłysnęło się, a to była bardzo dobra wróżba.
— Dagonie! — zawołała Undine ponad głosem płaczącego dziecka. — Przyjmij pierwszą modlitwę swego nowego wyznawcy! Przyjmij jego pierwszy krzyk i zbaw go od strachu przed twym żywiołem! Niech woda będzie dla niego bezpiecznym sanktuarium, a strach niech nie ma do niego przystępu!
Uroczyste „Niech tak się stanie” przebiegło przez kongregację niczym morska fala, odbijając się od chłodnych ścian świątyni. Undine popatrzyła po twarzach swych wyznawców – Yejide i Adetokunbo wpatrywali się w niemowlę, a w ich oczach kapłanka nie dostrzegła niepokoju czy troski o ich własne dziecko. Nie, tam była duma i radość, bo protest małego Olumide niósł się aż na zewnątrz, a gdyby nie wprawa Undine w chwytaniu zdobyczy, ten mógłby się jej wyrwać.
— Dobrze — powiedziała kapłanka do siebie, układając Olumide z powrotem na ołtarzu, by wytrzeć delikatną skórę z morskiej wody. — Wyglądasz na dość silnego, by przyjąć prawdziwe błogosławieństwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz