27 listopada 2025

Od Dantego – Obroża

Naszyjnik mienił się w lustrzanej ścianie sali balowej. Girlandy drobnych, diamentowych listków laurowych okalały szyję, a perły tak białe, że zdawały się świecić wewnętrznym blaskiem, dopełniały łagodnie całość, osadzone w drobnych łezkach. Sappho musnęła opuszkami tę największą, przylegającą do ciała idealnie między obojczykami, pogładziła jej fakturę gładką niczym jej własna skóra. Wpatrzona któryś już raz tego wieczora w zachwycające piękno biżuterii, nie zauważyła, jak z tłumu gości przyjęcia wyłania się postawna sylwetka, albo to po prostu on, swoim wampirzym zwyczajem, pojawił się znikąd. Poczuła pierś napierającą na jej plecy, dłonie przesuwające się po sukience błyszczącej się wszystkim odcieniami błękitu, palce zaciskające się na jej talii i półuśmiech muskający jej ucho.
— Moje marzenia wypełniły się wyłącznie tobą, lecz na żywo jesteś wciąż piękniejsza od nich wszystkich — wymruczał Bruno, krzyżując ich spojrzenia w zachwycającym odbiciu ich obojga.
Sappho uśmiechnęła się lekko, z typową dla siebie rezerwą, lecz jej oczy zdradzały iskrę rzadko mknącą przez to burzowe morze.
— Powinnam cię nazwać aroganckim? Czy czarującym?
— Jestem zdania, że zasłużyłem na to drugie.
— Czyli wciąż arogancki.
Bruno zaśmiał się, ucałował jej policzek, zamruczał głębiej, oplatając ją mocniej ramionami, a Sappho oparła się o niego, odetchnęła zapachem drogich perfum i znajomej siły dającej schronienie.
Gdy już rozumiała, jak to jest mu się poddać, zaufać, dziwiła się, że tak długo sobie tego odmawiała. Po tamtym pamiętnym wieczorze w sercu narosła obawa, że coś się skończy tej nocy i nie powróci, lecz Bruno nakrył ten strach kojącym dotykiem swej dłoni, obezwładnił wątpliwości swym pragnieniem, by iść z Sappho dalej, po więcej, kotwicząc w pięknie chwili syrenę, która zawsze spoglądała wprzód, zapominając o cieszeniu się tym, co było tu i teraz. Każdy jej uśmiech był zaproszeniem do pocałunku, skinienie palcem życzeniem mającym się spełnić, prośba rozkazem. I choć piękne rzeczy nie zawsze były prawdziwe, Sappho nie potrafiła w nie zupełnie zwątpić, gdy Bruno traktował ją dzień w dzień jak jedyną gwiazdę na niebie.
Teraz zaś, w czasie przyjęcia w jego posiadłości, wkroczył z nią na salę jak z panią domu, odzianą w rodowe klejnoty i perły, całowaną na oczach wszystkich delikatnie, z wyczuciem, które należało się bardziej żonie niż ładnej twarzy kochanki spacerującej przy boku.
Dwa kroki od nich przystanął lokaj, jeden z tych najniższych rangą, biegających najwięcej po sali w czasie bankietów. Chłopaczyna gładko przemknął między gośćmi, skłonił nisko głowę, nie patrząc na nich. Nikt ze służby nigdy nie patrzył Brunonowi prosto w oczy. Tylko czekali, aż ten zdecyduje się zwrócić na nich uwagę, przywoła ich gestem, pozwalając im bliżej podejść, co też w końcu wampiry uczynił z lokajem. Sappho widziała, jak słudze drżą lekko dłonie, gdy pochylał się ku swemu panu, przekazując szeptem jakieś nowe wieści. Bruno westchnął cicho, wyprostował się, a lokaj czmychnął, zanim mężczyzna uznał, że chłopaczyna przebywa za długo w jego obecności.
— Udręka gospodarza, cały czas ktoś wymaga mojej uwagi. — Odnalazł jej dłoń własną, obrócił ją lekko, by stanęli do siebie przodem. Wyciągnął rękę i pogładził syreni policzek. — Wybacz mi, ale muszę zaangażować się w prywatną rozmowę dużo mniej przyjemniejszą, niżbym sobie tego życzył. Gdy tylko skończę, zatańczymy razem, więc nie oddalaj się za bardzo.
— Postaram się — obiecała, posyłając mu uśmiech i tyle Bruno wystarczyło. Ucałował ją jeszcze, po czym odszedł w sobie tylko znanym kierunku, pozostawiając ją między wampirami, które, choć wpierw gotowe pożreć ją żywcem swoim oceniającym wzrokiem, teraz tak jak młody lokaj bały się zbyt długo jej przyglądać.


Czas mijał, lecz Bruno nie wracał, a jej znudziło się krążenie między stołem z przekąskami i niewielkimi grupami gości. Zaczęła mocniej rozglądać się za wampirem w tłumie, może dlatego spostrzegła tak szybko, jak Sergio, główny lokaj pana Latiniego, zmierza w jej stronę, z wieloletnią wprawą unikając tańczącego i plotkującego wokół towarzystwa.
— Pani — odezwał się cicho, skłoniwszy się.
Sergio, jeśli naprawdę nie musiał, nie wdawał się z nią w rozmowę. Nie była pewna, czy to z polecenia Brunona, czy ze strachu, że jeśli poświeci jej za dużo uwagi, nie spodoba się to jego panu. Sappho zdążyła spostrzec, jak ostro wampir podchodził do granic, których jego służba nie powinna nigdy przekraczać. Tym bardziej zaskoczyło ją, gdy tak otwarcie, w środku balu, Sergio postanowił zwrócić się do niej.
— Co się stało?
Lokaj spróbował ukryć westchnienie, na próżno.
— W oranżerii zaszyła się gościni, która rzuca butelkami w służbę, jak tylko pojawimy się w drzwiach — powiedział z nutą irytacji, która nie często pobrzmiewała w głosie doświadczonego opiekuna majątku — Pan Latini nie życzy sobie, żeby w czasie przyjęć zaprzątano mu głowę takimi przypadkami, zdecydowałem więc, że spróbuję poprosić cię, pani, o pomoc ze względu na bliską relację łączącą ciebie z ową gościnią. Wybacz moją śmiałość, lecz przyjęcie trwa, ja zaś nie mogę stracić więcej służby przez ranę głowy.
Wahanie trwało mniej niż mgnienie, bo opis pasował tylko do jednej osoby z kręgu znanego dobrze Sappho. Gdy tak o tym myślała, musiała przyznać, że nie wiedziała jej przez cały wieczór, a Bruno zapewniał, że nie miał w planie wykreślać jej z listy gości. Co też ją opętało?
— Zajmę się tym — odpowiedziała Sappho, biorąc głęboki wdech. — Dziękuję, Sergio.


Oranżeria znajdowała się we wschodnim skrzydle posiadłości, niewielka jak na standardy przyjęte przez Brunona, jednak całkowicie urokliwa, wyciszająca swą zielenią. Sappho nawykła spędzać w niej niektóre popołudnia, wciśnięta w wiklinowy fotel i zachwycona zapachem kruchych storczyków. Niewielki korytarzyk prowadził prosto do przeszklonego pomieszczenia, syrena zatrzymała się jednak przed uchylonymi drzwiami, wspominając słowa Sergio, zawołała:
— Desi?
Cisza, przelotnie przerwana ledwie słyszalnym stuknięciem dna butelki o posadzkę. Wzięła to za przyzwolenie, więc postąpiła jeszcze kilka kroków, zajrzała do środka, łagodnie pchając szklane drzwi dłonią.
Siwy dym zasnuwał przytulne wnętrze oranżerii. W środku, niczym rozsiadły wśród swych oparów smok, miejsce zajmowała Desideria, niezmiennie olśniewająca swym pięknem, lecz pozbawiona tej szlachetności, z jaką nosił się Bruno i inne wampiry obecne na przyjęciu. Nie wydawało się możliwe, by Desi coś takiego straciła, nawet gdyby owinęła się pokutnym workiem, a jednak – przypominała małą, zagubioną w utkanej przez siebie szarości istotę, nie złamaną, nawet nie złą. Smutną, aż Sappho przystanęła, czując się nagle niegodną, by patrzeć na ten stan, jakby zobaczyła królową bez korony.
Desideria spojrzała na nią trudnym do rozszyfrowania wzrokiem, wyjęła lufkę z ust, oparła się mocniej o oparcie zajmowanej przez nią kanapy.
— Proszę, proszę — parsknęła z kpiącym jadem, którym hojnie obdarzała innych, nigdy ją. — Czyżby Bruno popuścił ci ze smyczy?
Sappho zerknęła na zdjęte szpilki, rozrzucone wokół butelki i niedopałki papierosów.
— Desi, o czym ty mówisz?
— Taką ładną obróżkę ci założył — wskazała lufką na jej szyję, uśmiechając się drwiąco, choć coś w tym geście podszyte było żalem — że się pewnie nią nacieszyć nie możesz.
Palce bezwiednie powędrowały do naszyjnika, musnęły perły.
— To rodzinna pamiątka — odpowiedziała obronnie, zmarszczyła lekko brwi, bo tak, jak Desi burzyła mury w czasie rozmów, tak teraz dym z jej papierosów zdawał się tężeć między nimi w barierę niemożliwą do pokonania żadnymi wypowiedzianymi przez Sappho słowami.
Bolało ją to bardziej, niż chciała dać po sobie poznać.
— Nie jesteś aż tak głupia, żeby wierzyć, że rodzina i jej pamiątki są czymś świętym dla Brunona — prychnęła znów Desideria, zawiesiła na moment głos. — Podczepił ci do tego ładną linkę wysadzaną diamentami? Lubisz, jak cię ciągnie za nią?
— Wystarczy — odrzekła stanowczo Sappho, zimny, zdecydowany wzrok wbijając w wampirzycę, jakby była jednym z upartych klientów. Nie chciała jej tak traktować. Nie potrafiła inaczej jej traktować, gdy Desi zaczęła kopać tę przepaść, a ona nie miała pojęcia, jak ją zasypać. — To nie jest obroża, a Bruno nie trzyma żadnej smyczy. Jestem tu, gdzie jestem z własnej woli.
Gorzki śmiech Desiderii zupełnie do niej nie pasował.
— Łańcuchy, które sama sobie założyłaś, to wciąż łańcuchy. Wszyscy wiedzą, czyją własnością jesteś, rzeczą, która próbuje za szybko się nie zepsuć. Nosisz jego ulubione kolory, pachniesz jego ulubionymi kwiatami, zakładasz kolczyki od niego, odsłaniasz dla niego szyję, a to wszystko po to, żeby nie przestawał na ciebie patrzeć, bo gdzieś w środku wiesz, że umyka ci czas. — Sappho zmieniła się w nieruchomą figurę, chłodną i obojętną na gniewnie skłębione nad nią niebo, bo jeśli uciekałby wzrokiem, jeśli zrobiła ledwie krok, te lęki wyczute przez Desiderię niczym zapach krwi, wypłynęłyby zbyt szybko na powierzchnię. — Masz dwa, trzy dni z nim? Czy może cztery tygodnie? Pięć miesięcy? Dałaś mu wszystko i nie możesz znieść myśli, że teraz miałby tak po prostu odejść z tym, zostawiając tobie tylko pustkę. Więc strój się w jedwabie, całuj go i powtarzaj jego imię na kolanach, jeśli dzięki temu jest ci łatwiej zasnąć bez lęku, że obudzisz się pewnego dnia sama.
— Nie masz pojęcia o tym, co nas łączy. — Nawet Sappho jej głos wydał się zbyt cichy, niwelujący pewność, którą starała się zawrzeć w słowach.
— Minęły co, dwa lata? Od kiedy cię zaprosił na przyjęcie po raz pierwszy? — Lufka zatoczyła półkole w powietrzu. — Ja oglądam ten teatrzyk od trzystu. Tkwię w tym krwawym bagnie układów i interesów razem z nim, jestem skazana na oglądanie go, a ty się na to sama zgodziłaś. Pozwalasz mu na rzeczy, na które powinien sobie zasłużyć, tylko że Bruno nie myśli w takich kategoriach. On bierze, co chce. — Desideria przesunęła po niej prawie obrzydzonym spojrzeniem. Prawie, bo powstrzymywało ją coś, o czym Sappho świadomie nie myślała, bojąc się, jak mocno by jej własne serce pękło, gdyby musiała Desi odmówić. — Jedyne, co was łączy, to uwielbienie do niego.
Zacisnęła powieki. Przed oczami pojawił się ten charakterystyczny półuśmiech, mroźnobłękitne oczy wyglądające celu, niezachwiane barki, dłonie ściskające ją tak, że nie bała się między nimi rozpaść, pewna, że ją utrzymają. Usłyszała jego głos, pełen arogancji i niesłychanej pychy, szepczący do niej słodko, gdy kryła się między szerokimi ramionami nocą. Był tym, czego chciała, i stał się tym, czego potrzebowała. Naprawdę wierzyła, że on po części czuł to samo.
— Myślę, że powiedziałaś wystarczająco — stwierdziła, spokojna jak lodowiec, chociaż w piersi morze burzyło się od sztormu. — Wyjdź stąd.
Usłyszała prychnięcie Desi. Otworzyła oczy, akurat w momencie, gdy wampirzyca ją wymijała, jakby wcale się nie znały.
— Prawda boli — mruknęła.
— Mówisz to tylko po to, żeby mnie zranić.
Bose stopy zatrzymały się przy drzwiach. I wtedy, na chwilę, Desideria odezwała się do niej głosem znanym Sappho z ich rozmów odbytych nad jeziorem, cichszym i słabszym, lecz wciąż szczerym i troskliwym na swój twardy, nieoczywisty sposób.
— Mówię to po to, żebyś nie została jeszcze bardziej zraniona.


— Żałuj, moja droga — rzucił Bruno z łazienki połączonej z wielką sypialnią, przemywając twarz — że nie widziałaś, jak Vaccarelli płaszczył się przede mną jak zbity pies, próbując wytłumaczyć, dlaczego prawie sprzedał udziały ze swojego zakładu garbarskiego milady Gallo, jak mu jasno powiedziałem, że ma tego teraz nie robić.
Sappho w zamyśleniu dotknęła naszyjnika, rodzinnej pamiątki, siedząc przed zdobną toaletką. Czy widziała w swoim odbiciu piękny ogród laurowy z perłami, czy szorstki węzeł? Usiadła inaczej, wyprostowała się, mając wrażenie, że biżuteria nagle zaczęła ją uciskać.
— Tak.
Ja pomogłem mu postawić ten zakład. Ja zająłem się podwykonawcami.
— Racja.
— Vaccarelli zapomniał, z czyjej ręki je. Gallo też jest zuchwała. — Prychnął, rozbawiony. — Buntują się, ale tak naprawdę są jak dzieci, które bez mojej pomocy nie potrafią prosto iść.
— Zdecydowanie.
Wampir wyszedł z łazienki, jakoś niepomny na jej skromne odpowiedzi i nieprzejęty ton. Więcej, chciał już mówić dalej, lecz Sappho go uprzedziła.
— Ile to jeszcze potrwa, Bruno?
Rzucił jej spojrzenie w lustrze, kieł błysnął szelmowsko w odbiciu.
— Sappho, nie bądź taka niecierpliwa — zamruczał, rozpinając szybciej guziki koszuli, odsłaniając umięśnioną pierś i idąc w jej stronę.
Pokręciła mocno głową.
— Nie, chodzi mi o nas — wyjaśniła, zatrzymując go w pół kroku. Zbyłaby słowa Desi, gdyby tylko potrafiła, lecz poruszyły one coś, czego Sappho nie potrafiła sama uspokoić. Odwróciła się twarzą do Brunona. — O to, co jest między nami. Ile to jeszcze potrwa, zanim… — Odejdziesz. Proszę, nie odchodź. Zacisnęła dłonie na udach. — Ile jeszcze będziemy razem?
W jej mniemaniu pytanie zawisło między nimi ciężkim, nieuniknionym zapachem końca, ale Bruno odbił je bardzo łatwo, bez wysiłku.
— Ile byś chciała, żeby to potrwało?
— W ogóle nie chcę, żeby się kończyło — odpowiedziała błyskawicznie, bez wahania, powstrzymując skrzywienie na to, jak żałośnie, desperacko to brzmiało.
Nie różniła się tak bardzo od Bruno w braniu tego, co chciała – wyższa posada w pracy, przypadkowa noc spędzona z kimś, kto jej przypadł do gustu, wygodne życie w centrum Luminarii. Lecz nigdy nie bała się, że coś wymknie jej się z rąk tak, jak Bruno.
Przez chwilę martwiła się, że on się tylko zaśmieje, machnie dłonią na jej wymysły, a potem pocałuje, chcąc po prostu ją uciszyć, nie rozwiewając żadnych wątpliwości. Patrzyła na niego i część jej się tego spodziewała. A pozostała część pozwoliła się zaskoczyć, gdy mroźny błękit złagodniał, lodowiec się stopił, nabrał płynnego ciepła. Bruno podszedł i, trzymając ich spojrzenia złączone, powoli ulęknął przed nią na jedno kolano.
Syrenie serce zgubiło uderzenie niczym rozbita w drodze do brzegu fala.
— Bruno, co ty robisz… — zaczęła niepewnie, pozwalając mu ująć swą dłoń, ucałować u podstawy serdecznego palca. — Nie możesz…
— Jeśli tylko tego zapragnę — powiedział, ledwo odrywając usta od jej skóry, a wzrok obiecywał rzeczy, które Sappho nie uznawała za możliwe — to mogę wszystko dla ciebie zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz