12 listopada 2025

Od Merlina – Ambicja

Tydzień później Merlin stał przed księgarnią „Leże Smoka”. Szyld, stylizowany na rzeźbionego w drewnie, zwiniętego w kłębek gada, wyznaczał miejsce jego kaźni. Merlin czuł, jak serce uderza o żebra w suchym, nerwowym rytmie. W dłoni ściskał teczkę z włożonym w koszulkę CV – Urania mu poleciła, wiedziała, jak mocno pocą mu się ręce ze stresu.
Spokojnie, powiedział do siebie. To tylko rozmowa. Przeżyłeś rozwałkę z Talią, przeżyjesz i to.
Wspomnienie symulacji było jednocześnie źródłem traumy i dziwacznej otuchy. Każdy absurdalny scenariusz, każda iluzoryczna rekruterka – od surowej Brunhildy po znudzoną Jessicę – wryły mu się w pamięć. Talia była bezlitosna, ale jej metoda, choć chaotyczna, miała w sobie jakąś logikę. Przygotowała go na najgorsze.
Wziął głęboki wdech, pchnął ciężkie, dębowe drzwi.
Wnętrze otuliło go pełną zamyślenia, łagodną ciszą. Regały z ciemnego drewna pięły się aż pod sufit, uginając pod ciężarem książek. W powietrzu unosił się zapach odkurzonej wykładziny, nowych książek, białego papieru i świeżo parzonej kawy. Za masywną ladą, przy której stał ekspres do kawy, krzątała się kobieta. Nie była ani tajemniczą madame Fatimą, ani promienną Lottie. Była kompletnie normalna i zwyczajna. Ot, starsza pani w okularach, z siwymi włosami spiętymi w luźny kok i ciepłym, nieco zmęczonym uśmiechem.
— Dzień dobry — powiedziała, wycierając blat. — Mogę w czymś pomóc?
— Dzień dobry. — Merlin przełknął ślinę, która nagle zgęstniała mu w gardle. — Ja w sprawie pracy. Nazywam się Merlin Spellman. Pisałem maila? I no, umówiliśmy się na rozmowę.
— Ach, tak! Merlin. — Kobieta odłożyła ścierkę i wytarła dłoń w fartuch. — Wanda Kowalska, miło mi. Chodź, usiądziemy z tyłu.
Zaprowadziła go do małego kantorka za regałami, gdzie czekało na nich proste biurko, dwa krzesła i nic więcej. Żadnych iluzji, pułapek, żadnych dziwnych przedmiotów i nadmiaru dekoracji. Jasno pomalowane ściany zdobił kalendarz jakiejś firmy wydawniczej, pod oknem stała paprotka i aloes, a w kącie zupełnie zwyczajna szafa. Pani Wanda usiadła i wskazała mu drugie krzesło.
— Opowiedz mi trochę o sobie — zaczęła, składając dłonie na blacie. — Dlaczego akurat księgarnia?
Brzmiało zaskakująco… prosto. Merlin odpowiedział, starając się brzmieć pewnie. Mówił o miłości do czytania, o tym, że lubi porządek i ciszę. Uśmiechał się, chociaż czuł, jak mięśnie twarzy drżą mu z wysiłku. Każda odpowiedź wydawała mu się echem jednej z rad Talii: „Nie mów, że jesteś leniwy. Powiedz, że cenisz sobie metodyczną pracę”, „Nie mów, że nie lubisz ludzi. Powiedz, że dobrze czujesz się w spokojnym otoczeniu”.
Pani Wanda słuchała uważnie, kiwając głową, a jej spojrzenie pozostawało badawcze, lecz życzliwe. Merlin powoli, ostrożnie, zaczynał się rozluźniać. Może jednak nie będzie tak źle?
I wtedy padło to pytanie.
— A gdzie widzisz się za pięć lat?
Merlin ledwo powstrzymał uśmiech. Bingo. Głos znudzonej Jessiki z jej plastikowym biurkiem zadźwięczał mu w uszach.
— Chciałbym lepiej poznać branżę wydawniczą od środka — odpowiedział gładko, recytując wyuczoną odpowiedź. — Praca tutaj byłaby świetnym pierwszym krokiem. Może w przyszłości pomyślę o studiach związanych z literaturą?
Pani Wanda uniosła brew, skinęła mu głową z aprobatą.
— To ambitny plan. A teraz wyobraź sobie taką sytuację. — Nachyliła się lekko. — Jest sobota, największy ruch. Obsługujesz długą kolejkę do kasy. Nagle jeden z klientów, starszy pan, zaczyna głośno narzekać, że od dziesięciu minut nikt nie pomaga mu znaleźć książki, a przecież jest stary i widać, że potrzebuje pomocy. Co robisz?
Scenariusz, pomyślał Merlin. Talia, jesteś niemożliwa.
— Najpierw kończę transakcję z klientem przy kasie, przepraszając go za zamieszanie — zaczął, czując, jak słowa same układają mu się w ustach. — Potem nawiązuję kontakt wzrokowy ze starszym panem, uśmiecham się i mówię głośno i wyraźnie: „Już do pana podchodzę, proszę dać mi dosłownie minutę”. Chodzi o to, żeby no… poczuł się zauważony. Nie, że go em… pomijam.
— A jeśli on dalej narzeka, że to skandal i że czeka już w nieskończoność?
— Wtedy, po obsłużeniu klienta przy kasie, podchodzę do niego i mówię: „Bardzo przepraszam za oczekiwanie, mamy dziś duży ruch”. A potem mówię mu, że „W ramach rekompensaty, jeśli zdecyduje się pan na zakup, chętnie zaproponuję dziesięć procent zniżki”.
Wybrnął! Dał radę! Ogarnął ten scenariusz i wybrał same dobre odpowiedzi! Teraz czekał go już tylko good ending w tej visual novel.
Pani Wanda oparła się o krzesło, a w jej oczach pojawił się błysk rozbawienia.
— To bardzo dobra odpowiedź. A co, jeśli powiem ci, że nie mamy polityki dawania zniżek za narzekanie?
Merlina na moment zatkało. Tego Talia nie przewidziała. To było pytanie spoza symulacji. W głowie miał pustkę. Panikujesz? NIE! Nigdy nie panikujesz!
— W takim razie... — zaczął powoli, a jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Co nie było bardzo wysokimi obrotami, ale więcej Merlin nie był w stanie z siebie wykrzesać. — W takim razie rezygnuję z oferty zniżki, ale podtrzymuję przeprosiny. Mówię mu… Mówię, że choć nie mogę zaoferować rabatu, to z największą przyjemnością pomogę mu znaleźć wszystko, czego szuka, a nawet przyniosę mu kawę na koszt firmy, żeby umilić dalsze zakupy. O, tak mu mówię!
W kantorku zapadła cisza. Pani Wanda patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, a jej twarz była nieprzenikniona. Merlin momentalnie stracił rezon, doskonale poznając tę ciszę. Zapowiadała ona kompletną klęskę, dokumentną porażkę i zbłaźnienie się przy całej klasie. A tak dobrze mu szło...
Nagle kobieta parsknęła cichym, gardłowym śmiechem.
— Kawa na koszt firmy... — powtórzyła, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Dobre. Bardzo dobre. Wiesz co, chłopcze? Zatrudniam cię. Możesz zacząć w przyszły weekend?
Merlin zamrugał.
— Serio?
— Słyszałeś. Witamy w zespole „Leża Smoka”. Nie za dużym, bo dwuosobowym, ale zespół to zespół — posłała mu uśmiech. — Tylko błagam, nie serwuj kawy każdemu, kto się zirytuje, bo zbankrutujemy.


Wpadł do domu jak burza. Talia siedziała na kanapie w salonie, z nogami na stoliku i miską chipsów na brzuchu.
— No i? — rzuciła, nie odrywając wzroku od ekranu. — Przeżyłeś?
— Dostałem tę pracę — powiedział, na próżnie starając się, by jego głos brzmiał obojętnie.
Talia odwróciła głowę tak gwałtownie, że kilka chipsów spadło na podłogę. Jej oczy były szerokie z niedowierzania.
— Serio?!
— Serio.
— HA! — Zerwała się na równe nogi, rozsypując resztę chrupków. — Wiedziałam! Mój system jest NIEZAWODNY! Jestem GENIUSZEM!
Odtańczony przez Talię taniec radości mógłby śmiało rywalizować z pantalazjańskimi tańcami wojennymi
— Twój system był torturą — odparł Merlin, ale kącik jego ust mimowolnie drgnął.
— Ale zadziałał! — podeszła i szturchnęła go w ramię. — No weź powiedz.
— ....nienawidzę, kiedy masz rację.
Talia uśmiechnęła się szeroko, sprzedała mu potężne klepnięcie w ramię, aż Merlin się skrzywił, a potem jej mina spoważniała.
— Hej. Jestem z ciebie dumna, braciszku. Serio.
Merlin poczuł, jak na jego policzki wpełza rumieniec. Wzruszył ramionami, uciekł wzrokiem gdzieś po dywanie.
— Dzięki. Za pomoc też.
— Nie ma sprawy. — Wróciła na kanapę, rozsiadła się, gestem przywołała chrupki z powrotem do miski. Dla Talii nie istniały reguły, a zasada pięciu sekund była tylko sugestią. — A jak już zarobisz na ten swój konwent, to kupisz mi coś fajnego.
— No weź!
— Kupisz!
Merlin westchnął, wywrócił oczami
— Zastanowię się…
— Jak będą pandy, to wiesz, co masz robić — dodała, posyłając mu bardzo szeroki uśmiech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz