Isarr westchnął ciężko i przekręcił tabliczkę na drzwiach wejściowych, w końcu… w końcu był wolny. Od klientów, od rozmów i ogólnie od interakcji z ludźmi. Cisza i spokój.
Uciął sobie dzień pracy dość mocno dzisiaj… ale skoro był swoim własnym szefem to nikt mu za to głowy nie urwie.
Jednak roboty nie był koniec, trzeba było pozamiatać, posprzątać… przetrzeć. Od razu wziął się do pracy. Wszystkie paprochy i wszelki syf jaki przynieśli klienci tymi swoimi brudnymi buciorami, zostały zamiecione, Isarr tyle piachu w jednym miejscu, poza plażą, to chyba jeszcze nigdy nie widział. Już od jakiegoś czasu był okres zimna, deszczu i błota, więc tego było trzy razy więcej niż zwykle. Kiedy czajnik zagotował wodę odstawił na chwilę miotłę i prześlizgnął się za ladę, żeby zalać kubek z herbatą.
Śmieci wywalił, poobcinał uschnięte liście na roślinach, przetarł blat lady i jeszcze umył podłogi. W międzyczasie wypił z dwa kubki herbaty i miał szczerze dość porządków. Przynajmniej w czystej teorii miał teraz wolne… ale i tak dalej krzątał się po sklepie, znajdując sobie coś do roboty za każdym razem, jak już prawie siadał.
Kiedy w końcu spojrzał na zegar, była już prawie szesnasta… Minu miał chyba jakieś dodatkowe kółko po lekcjach, na którym zostawał w środy. Więc pewnie powinien być za pół godziny. Co można zrobić na obiad w pół godziny? Wczoraj był porządku posiłek… a Isarrowi nie chciało się robić czegoś specjalnie wymagającego dzisiaj, zdecydował się koniec końców na naleśniki. Minu lubił, były proste i szybko się robiło. Idealnie dla jego wyczerpującego się zapasu energii.
Był w połowie smażenia piątego naleśnika, kiedy zadźwięczał dzwonek przy drzwiach wejściowych.
— Wróciłem! — natolatek oznajmił, trochę głośniej niż zwykle, bo skoro Isarra nie było na parterze, to pewnie robił coś na piętrze, gdzie znajdowały się ich pokoje i właśnie kuchnia.
— W kuchni! Umyj ręce i siadamy jeść! — Minu spojrzał na czarną kulkę w swoich dłoniach, debatując jak bardzo botanikowi nie spodoba się, co przyniósł do domu.
— Raczej nas nie zje za to… raczej — mruknął, kulka mrugnęła do niego żółtymi ślepkami. Minu odłożył plecak, odwiesił kurtkę i wszedł do kuchni, dalej trzymając to co przyniósł na rękach. — Heeeeej, Isarr, lubisz koty, nie?
— … — Botanik milczał oniemiały, wlepiając wzrok w czarnego jak smoła kota o różowym nosie i żółtych jak słoneczniki oczach. Po chwili podniósł wzrok i zmarszczył brwi. — Nie ma opcji, pójdziesz teraz i odłożysz go, dokładnie tam gdzie go znalazłeś.
— Ale! Spójrz na niego! Biedny taki, chudy, on nie ma domu! A ja mogę się nim opiekować, nawet mogę za niego płacić, już i tak pomagam ci w sklepie i dajesz mi pieniążki za to… mogą iść na niego! — próbował argumentować Minu, przytulając kotka do siebie.
— Nie.
— Proszę! Możesz to uznać za wczesny prezent urodzinowy, bardzo mnie ucieszy jeśli się zgodzisz… — Spojrzał na niego najbardziej błagalnym wzrokiem, jaki udało mu się zrobić.
— …będę tego żałował. — Isarr przetarł dłonią twarz i westchnął. — Jutro kupimy wszystko co trzeba, jeżeli będzie gryźć liście roślin to wylatujesz razem z nim. — Jego groźba nie miała za sobą żadnej wagi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz