07 listopada 2025

Od Merlina – Obawa

Merlin siedział przy kuchennym stole, wpatrując się w ekran laptopa z miną człowieka, który właśnie zobaczył swoje przyszłe tortury. Obawa ściskała mu żołądek, choć na ekranie wyświetlał się bardzo niepozorny tekst:

Księgarnia „Leże Smoka” poszukuje pracownika! Doświadczenie niewymagane! Mile widziani uczniowie i studenci! Prześlij CV i umów się na rozmowę rekrutacyjną!

— No dalej — mruknął do siebie. — To tylko jeden email. Normalni ludzie wysyłają emaile cały czas, dasz radę Merlin. Po prostu napisz im, że chcesz tę pracę, że przesyłasz CV i będzie git. Masz to chłopie, co ty maila nie wyślesz?
— Gadasz do siebie, to zły znak.
Merlin aż podskoczył. Talia stała w progu kuchni z jabłkiem w dłoni, uśmiechając się szeroko, a wyraz jej twarzy bardzo się Merlinowi nie podobał.
— Nie podsłuchuj — burknął.
— To nie gadaj do siebie — odparowała, podchodząc bliżej, siadając zaraz obok. — Co cię tak przeraziło? Aha, czekaj, widzę. Księgarnia. CV. — Jej uśmiech się poszerzył. — Nie powiesz chyba, że szukasz pracy?
— A co w tym śmiesznego?
— Wszystko! — Talia parsknęła. — Ty, Merlin „Nie Chce Mi Się Wstać Z Wyrka” Spellman, chcesz dobrowolnie spędzać czas wśród obcych ludzi i... pracować? Co się stało?
— Nic — odpowiedział, czując, jak się rumieni. — Chcę pójść na konwent w lecie. Duży będzie, będzie sporo wystawców, i tak myślę, że będzie dobry merch do kupienia... — urwał, widząc jej rozbawione spojrzenie. — Nieważne! Potrzebuję pieniędzy.
Talia przez moment patrzyła na niego w milczeniu, po czym położyła jabłko na stole i splotła dłonie pod brodą.
— Ok, braciszku. Mówisz poważnie?
— Tak.
— Naprawdę chcesz tę pracę?
— Tak.
— To masz problem! — Wykrzyknęła radośnie, odchylając się na krześle. — Wyglądasz jak ktoś, kto zapisuje się na egzekucję, a nie stara o rozmowę kwalifikacyjną. Ale na szczęście masz mnie: ekspertkę od radzenia sobie w każdej sytuacji!
— Od kiedy ty jesteś ekspertką od czegokolwiek?
— Od zawsze! — Wyszczerzyła do niego zęby. — Dawaj, ja ci napiszę tego maila…
Merlin bezskutecznie spróbował zaprotestować.
— …wyślemy im twoje CV, a potem zostanie tylko przygotować cię do rozniesienia rozmowy kwalifikacyjnej w drzazgi.
— Jakbym tak może niczego nie roznosił…
— Rozwałka to twoja specjalizacja — powiedziała twardo Talia, zawłaszczając do reszty komputer i rządząc się jak chciała. — Rekruter wyskoczy z kapci na twój widok i trzaśnie na zawał, jak tylko się odezwiesz!
— Talia, proszę cię…
— Jutro usiądziemy do ćwiczeń. Przerobimy wszystkie pytania, jakie mogą paść i na tej rozmowie będziesz nie do zagięcia!
— A gdybym tak…
— Bez dyskusji! — ucięła mu, z emfazą klikając, by wysłać maila. — Jutro, jak tylko wrócisz z zajęć. Nie mamy czasu do stracenia!


Szkoła nigdy tak szybko mu nie upłynęła i wcale nie była to kwestia tego, że miał mało lekcji. Perspektywa jakichkolwiek ćwiczeń z Talią, przerabiania pytań od rekrutera… To brzmiało jak jakiś idiotyczny teatrzyk, w którym Merlin serio nie chciał brać udziału. Zbierał w sobie odwagę, by wymiksować się z całej tej imprezy (czy on się w ogóle na coś takiego zgadzał?), ale potem myślał o tym, że jeśli nie posiedzi z Talią, to pewnie się za to nie zabierze, nie wymyśli niczego sensownego, a rekruter na tej rozmowie zagnie go zwykłym „dzień dobry”. Odechciewało mu się coraz bardziej całej tej akcji z szukaniem pracy, ale wtedy wracał myślami do nowych tomów mang, które mógłby sobie postawić na półce i przeglądać, kiedy by mu się tylko chciało, takich ładnych i papierowych, a nie spiraconych skanlacji, myślał o wszystkich printach, zawieszkach, breloczkach, notesach i fikuśnych pisakach, i jego wewnętrzna potrzeba posiadania ładnych rzeczy zwyciężała. Potrzebował tej pracy.
Do pokoju Talii zapukał, trzymając w dłoni wydrukowane CV i resztki swojej godności.
— Proszę!
Pokój Talii wyglądał jak zwykle – chaos dziwnych plakatów, ubrania rzucone na krzesło, jakieś czasopisma na podłodze, pluszaki rozwalające się po pułkach, stosy bibelotów wszędzie. Sama Talia zaś leżała na łóżku, ubrana w piżamę z pandami, z notatnikiem w dłoni.
— Dobra, siadaj. — Wskazała na krzesło, to zaś odsunęło się posłusznie od biurka, ubrania przelewitowały, by utworzyć artystyczny nieład gdzieś pod oknem. Merlin posłusznie usiadł. — Pokażemy teraz, jak naprawdę wygląda rozmowa kwalifikacyjna. Będę grała różnych pracodawców, a ty będziesz odpowiadał. Jasne?
— Jasne — mruknął bez przekonania.
— Świetnie! — Talia poprawiła poduszkę za plecami, nabrała powietrza i wtem nastąpiła przemiana.
Magia zalśniła, Merlin zdążył tylko przekląć nieludzki talent Talii do iluzji (którą szkołą magii najlepiej się prankuje?), a potem pusta przestrzeń między krzesłem i łóżkiem wypełniła się profesjonalnie wyglądającym biurkiem zastawionym bardzo poważnymi i dorosłymi rzeczami, za nim zaś próżno było szukać ubranej w piżamę z pandami Talii. Jej miejsce zajęła korpulentna kobieta o siwych włosach i aurze surowej nauczycielki fizyki.
— Dzień dobry, nazywam się Brunhilda von Steinstange i prowadzę tę księgarnię od trzydziestu lat. Proszę mi powiedzieć, młody człowieku, dlaczego mielibyśmy pana zatrudnić?
Merlin zamrugał.
— Eee... bo lubię książki?
— BO LUBI PAN KSIĄŻKI?! — Talia zerwała się z siedzenia. — Każdy lubi książki! To KSIĘGARNIA! Musi mi pan dać z siebie coś WIĘCEJ!
— Ja... eee... jestem odpowiedzialny?
— Jest pan odpowiedzialny? — Talia nachyliła się nad nim, patrząc groźnie. — A skąd mam wiedzieć, że pan nie kłamie? Czy ma pan referencje? Czy kiedykolwiek pracował pan z klientami? Czy potrafi pan obsłużyć kasę?!
— Nie... to znaczy...
— Katastrofa! NASTĘPNY! — Talia machnęła ręką, a iluzja zniknęła, pozostawiając piżamę w pandy. — Merlin, serio, to była katastrofa.
— Ej no, ale która rekruterka drze się na potencjalnego pracownika niemalże od progu?
— Powiedziałabym, że co druga, a ty masz być na to przygotowany. No nic, może obniżymy trochę stopień trudności…
Dłonie Talii wykonały znany Merlinowi gest i wtem pojawiło się nowe biurko, tym razem zastawione porcelaną w kotki i puchatymi kłębkami wełny. Po przeciwnej stronie siedziała szczupła kobieta o uśmiechu tak słodkim i promiennym, że Merlina aż zabolały zęby.
— Dzień dobry, kotku! Nazywam się Charlotte, ale możesz mówić mi Lottie! Mam nadzieję, że wygodnie ci na tym krześle. Opowiedz mi o sobie, czym się interesujesz?
Przeskok był taki, że Merlina po prostu zatkało.
— Eee… anime? I heavy metalem?
— O, jak cudownie! — Talia klasnęła w dłonie. — A gdyby klient zapytał cię o polecenie książki o smokach, co byś mu powiedział?
Merlin aż się wyprostował na siedzeniu. Co jak co, ale o smokach i książkach o nich to on potrafił naprawdę dużo powiedzieć.
— Hmm... Gdyby klient szukał dobrego wprowadzenia, mógłbym polecić „Smoki Novendii” albo...
— Ale to poleciłby każdy, to bardzo znana pozycja — przerwała mu Talia, nie porzucając swojego uroczego tonu. — Może coś bardziej niestandardowego?
— Uh, no to mógłbym polecić „Kompendium Łusek”...
— Ta książka jest niemożebnie gruba, żaden klient jej nie kupi!
— W takim razie może być „Wędrówki ze smokami”, to taka…
— Wiem, co to za książka — Talia wydęła usta, jej uroczy uśmiech kompletnie się skwasił. — Widzę, że twoja wiedza z zakresu książkologii jest płytka i powierzchowna… Szkoda, sprawiałeś wrażenie takiego miłego i uroczego…
— Ale…
— Fuj, bezużyteczny! Następny! — Talia przewróciła oczami, zmieniła pozycję, a biurko zniknęło wraz z włóczką i kotkami. — Merlin, musisz być bardziej kreatywny!
— Ale jak klient prosi o książkę o smokach i nic więcej nie mówi, to co ja mam mu innego polecić?
— Nie wiem, nie znam się, ja tu tylko rekrutuję. No nic, spróbujemy czegoś innego.
Pstryknęło, błysnęło, za nowym biurkiem, plastikowym z szarej okleiny, siedziała kobieta ustrojona w tipsy zdolne pokroić salami i spojrzenie tak znudzone, jakby przez ostatnie trzy godziny nadzorowała proces schnięcia farby.
— Cześć, jestem Jessica i miejmy to już za sobą. Za miesiąc i tak otwieram własny startup. Gdzie widzisz się za pięć lat?
Merlin wybałuszył oczy.
— Gdzie widzę się...?
— Za. Pięć. Lat. — powtórzyła Talia monotonnie, jakby to było najbardziej oczywiste pytanie na świecie. — No, gdzie?
— Eee... nadal w świecie żywych?
Talia parsknęła śmiechem, wypadając z roli.
— Braciszku, to pytanie pada zawsze. Musisz mieć lepszą odpowiedź.
— A jaka jest lepsza odpowiedź?
— Nie wiem, wymyśl coś! — Talia wzruszyła ramionami. — Że chcesz rozwijać swoje umiejętności, poznawać branżę księgarską, może studiować literaturę. Cokolwiek, co nie brzmi jak „mam nadzieję, że przeżyję".
Merlin westchnął.
— To jest bez sensu.
— Jeszcze nie skończyliśmy! — Talia znów wyprostowała się, a biurko z okleiny zniknęło.
— Litości — zdołał jęknąć Merlin, nim nowa iluzja zajęła jego miejsce.
— Witaj, wędrowcze — odezwała się Talia aksamitnym głosem, rozkładając ustrojone w złote pierścienie dłonie na zastawionym mnóstwem okultystycznych bibelotów biurku. — Nazywam się Madame Fatima i prowadzę tę księgarnię od… wielu księżyców. Powiedz mi… gdybyś był książką, to jaką byś był i… dlaczego?
Merlin patrzył na nią z otwartymi ustami.
— Co?
— Czy moje pytanie zrodziło w tym sercu… wątpliwości?
— Co? Nie. Ale co to za pytanie?!
— Nie wiem, wymyśliłam je! — Talia zachichotała, wypadając nagle z roli, lecz równie szybko do niej powróciła. — W takim razie odpowiedz na me pytanie, wędrowcze.
— Nie mam pojęcia...
— Przyznanie się do niewiedzy jest swego rodzaju odwagą, tutaj jednak nie doprowadzi cię do… celu. Zastanów się i podaj mi… odpowiedź.
— Eee... komiks?
— Dlaczego właśnie on?
— Bo… komiksy mają dużo obrazków i mało tekstu?
Talia przewróciła oczami.
— Merlin, nie zatrudniłabym cię nawet jakby mi za to dopłacili.
Talia wstała z łóżka i zaczęła krążyć po pokoju. Powróciła piżama i większa przestrzeń w pokoju. W pewnym momencie dziewczyna zatrzymała się, odwróciła w stronę brata, a w oczach pojawił się bardzo podejrzany błysk nowego pomysłu.
— Proszę pana, obsługuje pan klienta, a nagle inny klient zaczyna krzyczeć, że czeka już dziesięć minut i nikt go nie obsługuje! Co pan robi?
Merlina znów wcięło, ale za daleko już wsiąkł w tę grę, więc wypalił pierwsze, co przyszło mu do głowy:
— Hmm... przepraszam go i mówię, że zaraz do niego podejdę?
— A jeśli dalej krzyczy?
— Wzywam... managera?
— A jeśli managera nie ma?
— To... eee... nie wiem, panikuję?
— NIE! — Talia zatrzymała się dramatycznie. — Nigdy nie panikujesz! Spokojnie tłumaczysz, że za chwilę się nim zajmiesz, oferujesz może zniżkę albo coś. Uśmiechasz się. Z-a-w-s-z-e się uśmiechasz, nawet jak chcesz kogoś udusić. To podstawa.
Przez kolejne pół godziny Merlin przechodził przez absurdalne scenariusze – od klientki, która chciała zwrócić książkę, bo „bohater był rudy”, przez pytania o jego największą wadę (odpowiedź „lenistwo” była odrzucona jako „zbyt szczera”), aż po symulację sytuacji, w której musi polecić książkę dla „dwunastoletniego chłopca, który nienawidzi czytania, ale mama go zmusza”.
W końcu, gdy Merlin już myślał, że nie przeżyje kolejnego „scenariusza”, Talia stwierdziła:
— Dobra, wystarczy na dziś. Jutro kolejna runda.
— Jutro? Pogięło cię? — wykrzyknął Merlin w desperacji.
— Bardzo śmiesznie mówisz „Dziękuję, kochana siostrzyczko, że poświęcasz swój bezcenny czas, by uratować mnie od katastrofy”! — uśmiechnęła się promiennie. — Nie bój żaby, będziemy to ćwiczyć, aż przestaniesz wyglądać jak jeleń w świetle reflektorów. Zobaczysz, ze mną nie zginiesz!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz