Krok po kroku, Seymour coraz lepiej poznawał rodzinę Virgila – początkowo przypominało to ostrożnie obwąchiwanie się, gdy Vi przyprowadzał swojego partnera, a kolejni wujkowie, kuzyni czy babcia, oglądali go sobie, badali grunt, zadawali przeróżne pytania. Bardzo szybko jednak całe to krążenie wokół siebie nawzajem się kończyło, gdy Seymour gładko rozwiewał wszystkie wątpliwości, na każdym kroku udowadniając, że dla swojego Pluszaka chce jak najlepiej i nikt nie musi się martwić o to, że to wierne, wilcze serce, zostanie ponownie złamane. Seymour zaskarbił sobie również przychylność wilkołaczej rodziny tym, jak swobodnie i otwarcie podchodził do wszelkich dodatkowych aspektów wiążących się ze zmiennokształtnością i potrzebami wilkołaka. Niestraszne mu były zwały sierści w domu, niestraszna mięsna dieta i konieczność przyjęcia przez jego partnera wielkiej, pluszowej formy co najmniej raz w miesiącu. Wszystkie te elementy Seymour nie tylko tolerował, ale wręcz się z nich cieszył, radośnie oddając się przyjemności czesania swojego wilka, śmiejąc się do rozpuku podczas zabaw z piłką, bądź śpiąc wygodnie, wtulony w miękki i ciepły, wilczy grzbiet. Wilczą część Virgila uwielbiał, nie krył się z tym, więc i reszta rodziny stopniowo przyzwyczajała się, by nie krępować się ze swymi pluszowymi formami.
Tamtego dnia wybrali się razem na spacer do lasu – chyba w planach było jakieś zbieranie grzybów, lecz cel wycieczki został szybko zapomniany, gdy Valerius zaproponował jakiś bardziej zajmujący temat do rozmowy, oczywiście Vi natychmiast wpadł w jakąś zastawioną przez brata pułapkę, a Seymour niby próbował ratować sytuację, ale ciężko mu szło, gdy sam usiłował walczyć z napadami śmiechu. Trojaczki dokazywały, brykały wokół swoich ojców, aż w pewnym momencie ucichły, dorośli zaś byli zbyt zajęci innymi rzeczami, by zwęszyć nadciągającą katastrofę.
Las wybrzmiewał rozmową, śmiechem, śpiewem ptaków i łagodnym szumem koron drzew, słońce przeświecało spomiędzy igliwia, a łagodna wilgoć unosiła się z miękkości porastającego wszystko mchu. Widoczność była dobra, prowadząca przez las ścieżka całkiem dobrze oznaczona, raczej trudno byłby się tutaj zgubić. Może dlatego Dorian pozwolił Bertolfo i Basileo zdjąć cienkie kurtki, zdjąć i buty, i przemienić się w wilki, pobiegać trochę po lesie. Bonifacia jednak kręciła nosem na brykanie razem z braćmi, koniecznie chciała teraz polatać z Seymourem na miotle, więc czarodziej, nie potrafiąc odmówić dziecku, posadził ją przed sobą na kiju i ruszył na małą wycieczkę w las.
— Polecimy za nimi? — spytała niewinnie dziewczynka, a Seymour oczywiście się zgodził, nie mając żadnego doświadczenia w tym, jak gładko dziecko potrafi sobie owinąć dorosłego wokół palca.
Polecieli, Seymour bez problemu dostrzegł dwa młode wilczki, mknące i poszczekujące radośnie między drzewami. Starając się być odpowiedzialnym wujkiem, Seymour zerkał od czasu do czasu, gdzie jest reszta rodziny, lecz szybko odpuścił, wiedząc, że przecież i tak ich łatwo znajdzie, pozwalając Bonifacii prowadzić, z każdą chwilą coraz bardziej oddalając się od głównej grupy.
Wilczki biegły i biegły, gładko przeskakując jakieś pniaki i krzaczory, aż w pewnym momencie chłopcy się zatrzymali, przysiedli, jakby na nich czekając. Seymour wyhamował, miotła opadła gładko bliżej ziemi, pozwalając mężczyźnie stanąć stabilnie wśród mchu.
— Coś się stało? — spytał, popatrując po wilczych pyskach.
Bracia zdawali się uśmiechać – języki mieli wywalone, ogony lekko merdały, spojrzenia uciekały w stronę Bonifacii, a łapy przestępowały niecierpliwie.
— Hej, serio, w co pogrywacie?
— W nic — odparła Bonifacia. — Po prostu wiemy, że lubisz śpiewać, więc pomyśleliśmy, że może będziesz chciał zaśpiewać z nami.
Seymour zerknął na nią zdębiały.
— Ale co ja mam z wami zaśpiewać?
— Nie martw się. — Dziewczynka klepnęła go w ramię, zsiadła gładko z miotły. — My cię zaraz wszystkiego nauczymy.
To powiedziawszy, oba wilczki przysiadły w ściółce, a potem…
— Awooo! — zawył Basileo, zaraz zawtórował mu Bertolfo.
— Widzisz, tak śpiewamy — powiedziała Bonifacia, następnie złożyła dłonie w tubę i dołączyła do braci. — Auuu!
Seymour patrzył chwilę na całe towarzystwo, nie do końca wiedząc, co ma z tym wszystkim robić. Bonifacia pociągnęła go za rękaw.
— No dalej, Seymour! Śpiewaj z nami! Przecież umiesz… — I popatrzyła na niego prosząco, tymi swoimi wielkimi, dziecięcymi oczami.
— Ale ja nie…
— To jest proste. Zrób ręce tak, jak ja — poinstruowała go. — A potem po prostu zaśpiewaj i tyle. Nic się nie martw, nawet jak będziesz na początku fałszował.
Seymour nadal był nieprzekonany, ale niech będzie, skoro dzieci chcą… Złożył dłonie w tubę, tak, jak Bonifacia i zawył, jak najlepiej umiał. Początkowo faktycznie nie trafił w ton, a nierozgrzany głos zachwiał się w przeciągłym dźwięku, lecz już drugie podejście było o wiele lepsze, muzyk odnalazł właściwą tonację i siłę. Więc gdy z piersi wydobyło się trzecie wycie, były czarodziej na dobrą sprawę zdominował resztę wilków, gdy wytrenowany głos i silne płuca dały o sobie znać, sprawiając, że przez leśną knieję przetoczyło się wycie godne przywódcy stada. I już Seymour nabierał tchu, by zawyć ponownie, gdy gałązka trzasnęła gdzieś za jego plecami, mężczyzna się obrócił.
Virgil stał i patrzył na niego, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
— Seymour, co ty właściwie robisz? — spytał, a wargi drżały wstrzymywaną wesołością.
— Nie widać? — odparł czarodziej, niezrażony. — Spełniam dziecięce marzenie i zakładam nowy zespół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz