02 listopada 2025

Od Caina – Koszmar
What are you, sweet creature?

Doktor Ann Yerd kochała swoją pracę. Pomimo wszelkich jej niedogodności, nie wyobrażała sobie w obecnym momencie swojego życia robienia czegoś innego. Nawet łzawiące oczy od zbyt długiego wpatrywania się w dokumenty, monitory komputerów oraz pływające hologramy nie stanowiły dla niej problemu. Wielu jej proponowało zastosowanie implantów, ale odmawiała, nawet jak na siebie dosyć uprzejmie.
Doktor Ann Yerd kochała również swoją rodzinę. Żonę, wspaniałą lekarkę w dziedzinie weterynarii, która od razu zaimponowała jej swoją wiedzą i dosyć niespodziewanym wyborem pracy w swoim życiu; i dwójkę dzieci, które razem wychowywały, pomimo tego, że obie były bardzo zajętymi kobietami. Nie przeszkadzało im to, bo obie starały się dla nich, jak mogły, nawet jeśli doktor Ann Yerd czasem zarywała dla swojej pracy nocki i wracała zmęczona do domu, aby odpocząć.
Doktor Ann Yerd nie potrafiła bez tych dwóch rzeczy istnieć. Praca i rodzina. Czyż nie jest to osiągnięcie, o którym wszyscy mówią, że jest niemożliwe do pogodzenia? Jej się udało, ale udało jej się w życiu znacznie więcej rzeczy, niż tylko praca, którą lubi i kochająca rodzina.
Udało jej się osiągnąć rzeczy, którymi nie mogła się dzielić z całym pozostałym światem, bo pomimo zepsucia tej otaczającej ją rzeczywistości, to co robiła, mogło być odebrane jako coś gorszego. Byłą kobietą, która szła po trupach, nie patrząc na innych. Była egoistką, której obojętne było cierpienie klasy niższej, bo posiadała uświęcony cel. Usprawiedliwiała wszystko, jak tylko mogła, nie czując wielkich wyrzutów sumienia i tego samego oczekiwała od swoich współpracowników.
Och, nie było nic bardziej irytującego od kogoś, kto zaczynał mieć wątpliwości. Przestał mieć pewność siebie, której ona oczekiwała. Nie była jej potrzebna osoba, która podważała wszystko, co doktor Ann Yerd lubiła. Dlatego jej zespół był dokładnie wyselekcjonowany, a kobieta za każdym razem upewniała się, że żaden z nich nie zwątpi przez swoje małostkowe obawy w słuszność ich pracy.
Doktor Ann Yerd jednak czasem czuła się zmęczona. Zamykała się w swoim gabinecie, oddając się wtedy papierkowej robocie, która ją naprawdę odprężała, chociaż niektóre dokumenty oraz listy od "głów tego projektu" bywały irytujące. Nienawidziła, kiedy przewodniczący uważali siebie za odpowiedzialnych za to, co ona tutaj robiła. Faktem było, że to jej królestwo, ziemia, po której oni stąpali ostrożnie i oddali jej całkowite panowanie, ale zawsze podkreślali w jej obecności, że jest tylko odkrywcą. Marnym badaczem, który jest tylko troszkę zdolniejszy, niż reszta, ale zaufanym, więc powierzają jej ten projekt. To było jej dziecko, które w bólach prowadziła przez życie, które zajmowało jej większość czasu.
Czasem jednak to dziecko gryzło.
Miała nierzadko wrażenie, że stanęła w miejscu z badaniami, nad którymi poświęcała tyle swojego czasu, ale jednocześnie nie miała zbytnio wpływu na postępy w eksperymentach. Zmuszanie obiektu wchodziło w rolę, ale zwykle kończyło się to marnymi wynikami, kiedy nie chciał współpracować. A to było bardzo częste. Doktor Ann Yerd nie wiedziała jak przekonać go do dobrowolnego poddawania się rozkazom. Doktor Ann Yerd nie chciała uginać się również pod naciskiem góry, która nalegała coraz częściej na wykorzystanie nieco silniejszych bodźców.
Doktor Ann Yerd widziała, jak kończy się zmuszanie jej obiektu do wykonywania rzeczy. Nie bez powodu wysłała niedawno kolejną prośbę o przysłanie dodatkowych, dobrze wyszkolonych ludzi. Zastanawiała się, jak sprawić, aby nie naginać woli obiektu na tyle, aby przejmować całkowicie kontrolę.
Jak jednak zmusić bestię do tego, aby nie zabijała? Jak oswoić głodnego psa bez podania mu jedzenia?
Tak wprawdzie, to byłoby jej łatwiej oswoić psa, niż tego cholernego diabła. Marnowała na niego swoje nerwy, a na dodatek wcale nie mogła przy nim tego okazać. To było, jak coroczna wigilia w domu, kiedy człowiek zbliżał się do granicy, ale za zwrócenie uwagi ponosił pełną odpowiedzialność.
Z całkowicie innej strony, nie mogła powiedzieć, że nie lubiła rozmawiać ze swoim obiektem bardziej, niż z innymi. Było coś przyciągającego w tym, jak prowadzili rozmowę. Intrygował ją. Przyciągał jej naturę odkrywcy, badaczki rzeczy niespotykanych. Chciała zapisywać. Wgłębiać się w nieznaną wiedzę dalej. Czuła przemożną potrzebę określenia jego statusu, nadania mu plakietki, ustawienia w wyznaczonym rzędzie, ponieważ forma, jaką obiekt był, nie pasowała do żadnych kategorii. Bycie innym przerażało społeczeństwo. Bycie innym przyciągało ciekawość psychopatów, którzy rządzili tym światem, całkowicie zdławieni przez chęć zysku i zagarnięcia jeszcze większej władzy. Tych wszystkich ludzi łączyło pragnienie nadania każdej rzeczy i każdemu istnieniu kategorii, aby móc łatwiej i lepiej sobie wyobrazić, z czym mają do czynienia. Cały świat opierał się na ustanowionych zasadach nadanych jednym jednostkom przez inne. Ktoś kiedyś przydzielił wszystko do tej przysłowiowej szufladki i zamknął pod kluczem, aby przyszłe pokolenia wiedziały, jak poruszać się po tym niestabilnym wiecznie terenie.
Doktor Ann Yerd nie wiedziała jeszcze, gdzie przypisać podmiot eksperymentu. Jak brakujące ogniwo w ewolucji. Jakże żałowała, że nie miała więcej czasu na badania, zanim kazali jej przekształcić ten piękny okaz w broń. Co do tego również miała swoje własne przemyślenia, ale działała tak, jak jej kazali.
Przesunęła wejściówkę w terminalu. Zamek otworzył się z trzaskiem. Korytarz nieznacznie skręcał w lewo, kiedy szła energicznym krokiem w stronę pomieszczeń lub jak niektórzy pracownicy laboratoriów określali - cel, gdzie przebywały obiekty. Jej eksperyment siedział w specjalnie wybudowanym pod niego pokoju, oddalony od innych dla zwyczajnego bezpieczeństwa, nie tylko pracowników budynku, ale też dla innych okazów. Obecnie został przeprowadzony do pomieszczenia, w którym odbywały się poszczególne badania. Tam, gdzie doktor Yerd mogła swobodnie z nim porozmawiać za bezpieczną granicą, przez którą nie mógł się przebić, starannie wyselekcjonowaną oraz wybudowaną pod wymogi sanitarne i BHP-owskie. Robiła to już tyle razy, że znała na pamięć wszystkie procedury co do słowa. Nie uważała tego za głupie, wręcz przeciwnie, sama brała udział w planowaniu zabudowy pod specjalny obiekt, aby wszystko działało sprawnie i spełniało swoje funkcje, kiedy już eksperymenty wejdą w tryb ich stałego przeprowadzania.
Kobieta przeszła przez ostatni korytarz, kiwając lekko głową strażnikowi na znak gotowości, który przepuścił ją przez pancerne, obudowane najszczelniejszymi materiałami drzwi. Jej obcasy stukały teraz swobodnie o posadzkę, gdy podchodziła z plikiem kartek do krzesełka, odkładając je wszystkie na małe biurko, stojące przy przeźroczystej ścianie, która oddzielała ją od dzieła samego diabła, w którego istnienie doktor Ann nie wierzyła, ale patrzyła właśnie na coś, co było temu pokrewne.
Usiadła swobodnie, upijając łyk wody z porcelanowego kubka, przepłukując nią usta i wykorzystując ten moment na przeanalizowanie rozciągającego się przed nią widoku.
Obiekt nie poruszył się na żaden dźwięk, jakby zupełnie nie interesował go fakt przybycia gościa po drugiej stronie. Jego twarz przysłaniały spływające proste włosy, które powoli przybierały coraz to bledszy odcień, przy skórze głowy wchodząc już niemal w całkowitą biel.
Trzeba je będzie obciąć, pomyślała w ciszy.
Oddychał miarowo, spokojnie, jakby zwyczajnie czekał. Z położonymi rękami na blacie wyglądał wręcz potulnie, jak więzień, którego mają przesłuchiwać, a mimo to nie miał na sobie żadnych kajdan, które krępowały jego ruchy. Oprócz oczywiście środków, których podawanie było konieczne i wszelkie inne wszczepione zabezpieczenia, które jako jedyne okazały się w miarę skuteczne.
– Dzień dobry. – zaczęła Ann, wpisując w kartę datę i godzinę oraz pierwsze obserwacje – Jak się dziś czujesz?
Obiekt poruszył się nieznacznie, zaledwie drgnął, ale kobieta była wyczulona choćby na jego głębsze wzięcie oddechu.
– W porządku.
Nie wydaje się dzisiaj chętny do rozmowy, kolejna myśl przemknęła jej przez umysł.
– Czy odczuwasz określony dyskomfort? Być może związany z ostatnimi badaniami?
Obiekt pokręcił głową i westchnął. Przeciągle, jak pozbywający się stresu pies za pomocą otrzepywania sierści.
– Jakieś mdłości? Bóle? Sztywność?
Milczenie się przeciągało, ale na samym końcu obiekt poprawił nieco swoją pozycję i przekręcił głowę jeszcze bardziej w bok, jakby rozciągał bolące mięśnie karku, co oczywiście doktor Ann zapisała w swoich notatkach.
– Boli mnie ramię.
Doktor Yerd przesunęła wzrok po położonej na blacie stołu ręce i zapisała szybką uwagę na kartce.
– To może być wynik przewlekłego uczucia gojenia się od środka. Nerwy się regenerują. Trochę potrwa zanim przestaniesz odczuwać nieprzyjemne skutki tego.
– Nigdy mi nie mówisz po imieniu.
Końcówka długopisu zatrzymała się w tej samej chwili tuż nad kartką, wisząc w oczekiwaniu na ruch. Kobieta uniosła spojrzenie na obiekt.
Czy po raz pierwszy nie wiedziała, co ma odpowiedzieć?
Była mądrą kobietą. Niejeden zazdrościł jej wyników i pozycji. Wielu próbowało ją uciszać lub strofować, raz nawet o mało nie ukradli wyników badań, tylko po to, aby udowodnić jej herezję, ale była nieustępliwa.
Wiedziała doskonale, dlaczego nie mówi mu po imieniu.
– Odpowiadaj tylko na moje pytania.
Obiekt zarechotał z kwaśnym uśmiechem, poruszając się niemal niezauważalnie.
– Kochasz swoje dzieci, doktor Yerd?
Gdyby Ann powiedziała, że nie poczuła przechodzącego dreszczu przez ciało, skłamałaby.
Podniosła wzrok w górę, na wpatrujące się w prosto w nią, czarne jak odmęty oceanów oczy. Płonące jak węgiel w kominku spojrzenie przewiercało ją na wylot spod opadającej na jego czoło grzywki. Dzikie i niezmierzone, jakby ukrywająca się w nim dusza miała rzucić się na nią i urządzić masakrę.
Jednak doktor Ann siedziała niewzruszona. Bez mrugnięcia okiem, bez drgnięcia powieki lub najmniejszego mięśnia w swoim ciele. Patrzyła prosto w oczy diabłu, który siedział ukryty pod ludzką postacią, ujarzmiony i złamany. Na prawdziwy koszmar.
– Kochasz swoją żonę? Życie, które prowadzisz tam na górze?
Kobieta poprawiła okulary na nosie.
– Oczywiście – powiedziała tonem, w jakim mówi się do dziecka, które zadaje głupie pytanie. – To dla nich ciężko pracuję.
Spodziewała się, że diabeł po drugiej stronie drgnie, odpuści, zacznie zadawać dalsze pytania, ale on wpatrywał się dalej w skupieniu w nią, aż zaczęła się zastanawiać, czy próbuje po raz kolejny swoich sztuczek, które potrafi. Jednak nic nie czuła, żadnego nacisku, żadnego dziwnego uczucia, nic, co by podpowiadało jej, że uruchomił swoje umiejętności. Siedział w milczeniu, pochylony do przodu i wpatrzony w jej twarz, bez cienia emocji na twarzy, a jedynie w oczach szalejąca burza.
– Dlaczego chciałeś ze mną rozmawiać?
Doktor Ann po raz kolejny zadaje to pytanie, tym razem bardziej konsekwentnie. Nie posiadała aż tyle czasu, aby marnować go na niepotrzebne rozmowy o życiu. Być może musiała pomyśleć nad zapewnieniem... TEMU CZEMUŚ trochę więcej możliwości nawiązywania społeczno-podobnych interakcji, które nie wymagały obecności żywego człowieka.
Diabeł po drugiej stronie przechyla głowę i uśmiecha się, pokazując ostre zęby, jakby chciał tym zagrozić doktor Ann. Kobieta traci resztki cierpliwości po przedłużającej się po zadanym pytaniu ciszy i wstaje.
– Nie lubię, kiedy ktoś marnuje mój czas – zasuwa krzesło za sobą i odwraca się.
– Wytropię ich. Znajdę i postaram się, abyś patrzyła, jak rozwlekam wnętrzności twojej żony i dzieci wokół ciebie...
Reszty nie słyszała, ponieważ wyszła. Ruszyła w kierunku swojego gabinetu, mijając strażników i polecając im krótkim i bardzo konsekwentnym przekazem "wzmóc ostrożność".
Prędzej sama go uśmierci, niż pozwoli jej eksperymentom upaść.
***
Dla Caina zabijanie było chlebem powszednim. Kiedyś posiadał przemyślenia na ten temat, czasem może się nawet zawahał przez chwilę, nim nie odebrał komuś życia, lecz wszystko się zmieniło. Nie jest wcale ciężko zmienić na jakiś temat zdanie. Nie jest ciężko zostać w czyimś życiu wrogiem.
Jest to właściwie całkiem zabawne.
Obecnie by to zrobił choćby z nudów. Czuł się jak zwierzę w klatce. Zamknięte cały czas, szukające najmniejszej dziury, aby choćby wychylić łeb zza szpary i poczuć powiew wolności. Wyjące i dzikie, złaknione czegoś, czego nie może osiągnąć.
Był czas, kiedy koszmar mknął między drzewami, niczym nieuchwytne stworzenie. Poruszał się cicho i bezszelestnie po gałązkach i mchu, stąpając najdelikatniej i najciszej, umykając przed światłem księżyca, przebijającym się przez korony drzew.
Był czas, kiedy legendy krążące pośród rdzennej ludności chroniły jego dom, a on w zamian chronił ich przed zdradzieckim lasem, którego uspokajał. Dla nich był mieszkającym w głębi duchem, ale dla innych istniał jako koszmar. Czający się w mroku, wciągający w cień, bezkształtny potwór, który zabierał intruzom życie.
Cień opadł, jakby posmutniał. Skulił się w kącie, niczym pies przy budzie, uwięziony na krótkim łańcuchu.
Cain popatrzył na pozostawione przez pazury ślady w stoliku, przy którym siedział i zaczął się śmiać. Długo, dopóki strażnik nie uderzył zdenerwowany w szybę po drugiej stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz