Gwiazdki

Strony + Newsy

newsy
1
2
3
4
Niebezpieczni przestępcy uciekli z więzienia na miotłach przemyconych w torcie
Novendyjska policja poszukuje trójki groźnych przestępców, którzy w miniony weekend zbiegli z zakładu karnego pod Stellaire w sposób tyleż zuchwały, co – zdaniem śledczych – „uwłaczający regulaminowi zakładu”. Miotły, na których dokonano ucieczki, przemycono do celi wewnątrz olbrzymiego tortu urodzinowego, dostarczonego przez pracownika usługi Lisek, dowożącej zakupy online. Co gorsza, jak ustalono, były to modele wyścigowe – szybkie, zwrotne i doskonale znane z nielegalnych wyścigów. „Od dawna mówiłem, że ta subkultura skończy się w więzieniu,” komentuje zmęczony rzecznik policji. „Nie sądziłem, że dosłownie z niego wystartuje. Jedyne dobre to to, że tort był wyśmienity.”

Nagłówek

15 listopada 2023

Od Dantego – Szkło

Uparcie trzymał dłoń za plecami.
— Dante. — Scala westchnął, nie mogąc cały czas pochwycić wzroku chłopaka. Mroźny błękit patrzył wszędzie, tylko nie na trenera. — Pokaż.
— Nie ma czego — mruknął. Z profilu jego kurczowo zaciśnięcia szczęka była jedynie dostaniejsza w odbiorze.
— Pokaż — powtórzył cierpliwie mężczyzna.
Syren zawahał się, lecz w końcu uniósł spojrzenie, wiedząc, że już przegrał. Gdy Scala wpatrywał się w niego tak wytrwale, trzymał swe stanowcze, piwne oczy na nim, otoczone drobnymi zmarszczkami, potęgującymi wartość przezierających z twarzy lat doświadczenia, nawet jego krnąbrna natura nieco łagodniała. Do Scali czuł rodzaj szacunku, którego nie miał do żadnego innego dorosłego.
Wyciągnął rękę przed siebie, złożył dłoń na tej większej, z bardziej stwardniałą skórą, grubymi palcami wyrobionymi w zwijaniu się w zabójczo skuteczną pięść. Scala bez najmniejszego problemu poluźnił jego chwyt na poznaczonej czerwonymi plamami chusteczce, zabrał mu ją i westchnął znów, a Dante nie mógł odgadnąć, czy był bardziej zawiedziony, czy zły, i to na kogo.
Kłótnia z matką jak zwykle zaczęła się od jakieś pierdoły. Próbując sobie zrobić śniadanie, przez przypadek trącił łokciem brudną szklankę, ta zbiła się z trzaskiem, Sappho znikąd zjawiła się w kuchni. Poirytowana ganiła go, że tylko tydzień nie ma sprzątaczki, a on nie potrafi utrzymać chociaż minimalnego porządku w domu, pytała się, czy to tak trudne byłoby umycie tej szklanki wieczór wcześniej. I Dante domyślał się, że pewnie miała trudne rozmowy z klientem wczoraj i po prostu odreagowuje, ale nie od tego miało się syna. Krzyknął, ona nieco podniosła głos, w pewnym momencie chłopak prychnął, pospiesznie pozbierał rękoma większość odłamków i wpakował do je zlewu. Tego właśnie chciałaś?, wyzywał ją błękit, gdy Dante zaczął szorować szkło gąbką, kalecząc sobie dłonie. Matka zaniemówiła, nie zebrała się w sobie nawet, by go powstrzymać. A kiedy skończył, minął ją bez słowa, krew spływająca z ran wyznaczała jego drogę od kuchni do drzwi.
Trener posadził go na krześle przy recepcji, wrócił zaraz z apteczką, wyjął z niej po kolei wszystkie potrzebne rzeczy — środek odkażający, gazę, bandaż, kilka plasterków dla mniejszych skaleczeń. Dante potarł butem o łydkę, minę miał skruszoną.
— Przepraszam — bąknął, choć nie wiedział do końca za co. Scala prysnął środkiem na największę rozcięcie, przechodzące przez prawie całą długość wnętrza prawej dłoni. Mężczyzna nie oderwał wzroku od młodzieńczej skóry.
— Bokser bez ręki jest nikim — odparł trener, rozrywając opakowanie z gazą i przykładając ją do rany. Chłopak zmarszczył brwi. — W ringu nie możesz ani kopać, ani gryźć, nie masz nic, poza swoją wytrzymałością i pięściami. Jeśli choć jedno z tych dwóch zawodzi, jesteś spisany na porażkę.
— Wiem przecież, tylko że…
— W kościach przy każdym wysiłku — kontynuował Scala, rozwinął początek bandaża — tworzą się małe pęknięcia, które twoje ciało potem leczy, dobudowując więcej materiału. Przez to dłonie bokserów robią się cięższe i mniej wrażliwe na kolejne uderzenia. Żeby jednak dać ciału szansę na ten proces, musisz być w stanie ćwiczyć.
— Ale ja jestem w stan…
— Dante. — Speszył się, mimowolnie zgarbił, słysząc twardy ton mężczyzny. Ten zawiązał mały supełek z końcówki opatrunku, chwycił go za nadgarstek i podniósł do góry, karząc mu spojrzeć na siebie i swoją rękę. — To jest twoje narzędzie. Czego używasz, gdy szyjesz?
— Igły i nici — odpowiedział, ponownie gubiąc się w rozumowaniu trenera.
— Czy szyjesz krzywą igłą i prującą się nitką?
— No nie…
— To nie oczekuj, że będziesz mógł się bić z okaleczoną dłonią. — Scala przeszedł do drugiej dłoni, ta była głównie w małych rankach wymagających plastra. — Nie jestem na ciebie zły, ale musisz pamiętać, że twoje dłonie są wszystkim. Nie możesz tak po prostu ich nie szanować, inaczej nie ma mowy o walce.
Złota burza poderwała się raptownie go góry.
— Będę je szanował! — zapewnił gorliwie, jakiś przestrach zagościł w chłopięcym sercu przez słowa trenera. Zmarszczki w kącikach ust pogłębiły się od uśmiechu.
— Tak trzymaj. — Ostatni plasterek oplótł się wokół serdecznego palca, zabezpieczył rozcięty opuszek. — Nie ma treningu dzisiaj.
— Ale jak to? — Pytanie brzmiało prawie jak wyrzut.
— Nie, gdy masz skaleczoną dłoń, dzieciaku. Słuchałeś, co do ciebie mówiłem?
— Mogę chociaż pobiegać wokół klubu?
Scala mierzył go chwilę wzrokiem.
— Dwadzieścia kółek.
Ten łobuzerski uśmiech zagościł na syreniej twarzy, oczy błysnęły bojowością.
— Za mało. — Zerwał się z siedziska i pognał dobrze sobie znaną ścieżką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz