04 listopada 2025

Od Tristana – Nadzieja [AU]

Tristan wbiegł na drugie piętro budynku, a pusta fiolka rozbita na stopniach prowadzących wyżej prawie zdołała go zmylić. Zrobił krok w jej stronę, lecz tknięty wyuczoną ostrożnością, sięgnął do swoich metalmyśli wykonanych z elektrum – dwóch obręczy zaciśniętych na jego bicepsach. Przechowywały zdecydowanie, swego rodzaju formę przeczucia, która kierowała go we właściwą stronę; tym precyzyjniej, im czystsza, silniejsza oraz pozbawiona wahania była jego intencja. Teraz zaś Tristan nie pragnął niczego mocniej od złapania tego zardzewiałego Felixa Lachance. Odpowiadając na tak wyraźny cel, zdecydowanie ochoczo wlało się w niego, wyostrzyło myśli, postawiło kropkę przy wątpliwościach.
Felixa nie było wyżej.
Tristan obrócił się na pięcie, idąc prosto do trzecich drzwi w głębi korytarza. Złapał z powrotem trop.
Pociągnął za klamkę i stanął w przejściu bez pistoletów, bo zgubił je jakąś dzielnicę temu. Stanowił on jednak broń samą w sobie, ze stalą i stopem bizmutowym wypełniającymi jego żołądek jak lojalni żołnierze w gotowości oczekujący walki. Wyglądający przez otwarte okno Felix zwrócił się do niego twarzą, czerwoną z wysiłku, lecz niezmiennie promieniującą śmiałością i irytującą pogodnością.
— Tristan — powiedział, ledwo wyduszając z siebie słowo pomiędzy ciężkimi oddechami — zastanawiałem się, kiedy dobiegniesz tutaj.
— Zatrzymaj się i skończmy to szaleństwo — odrzekł twardo. Nie był tak zmęczony jak Felix, goniąc go przez pół miasta przy pomocy swojej Allomancji, lecz fiolki z metalami mu się skończyły. Albo złapie Felixa przy pomocy tego, co wciąż miał w sobie, albo okazja przepadnie.
Felix sprzedał mu swój szeroki uśmiech z policyjnych podobizn rysunkowych.
— Szaleństwo jest dokładnie tym, czym się zajmuję na co dzień.
Nie skończył mówić, Tristan już strzelał monetami.
Spalana w żołądku stal pokazała mu błękitne linie prowadzące do każdego źródła metalu w okolicy – gwoździ w ścianach, uchwytów szafek, rzuconych przed siebie monet. Odepchnął je od siebie z siłą wymierzoną na tyle, by zranić ciało, lecz nie zabić. Monety przefrunęły z nieludzką szybkością przez pomieszczenie.
Felix je wszystkie wyminął.
Przesunął nieco nogę w bok. Odchylił głowę. Przykleił dłoń do biodra. Pozornie pozbawione znaczenia ruchy złożyły się na wysoką sumę nagiętego prawdopodobieństwa. Wystarczyło mu sięgnąć do własnych metalmyśli, chromowych obręczy ze szczęściem, żeby zmienić nieco rzeczywistość i stworzyć ją bardziej przystępną dla jego celów.
Felix rzucił mu jeszcze jedno spojrzenie, a potem zasalutował i wypadł tyłem przez okno.
Tylko jeden z nich mógł to ostatecznie zakończyć. I Tristan nie zamierzał oddać Felixowi ostatniego słowa. Pobiegł i, nie zatrzymując się nawet, wyskoczył w ślad za ściganym.
Miał tylko chwilę na to, żeby zerknąć w dół. Dziwnym zbiegiem okoliczności sąsiedzi z dołu wynosili akurat szeroką kanapę, na którą musiał spaść Felix, wytrącając dodatkowo prędkość poprzez Przyciągnięcie się przelotnie do drabiny na ścianie budynku. Jego rozwiana czupryna znikała właśnie między kolejnymi budynkami. Tristan prześledził błękitne linie prowadzące do tej samej drabiny i Odepchnął się, wpadając w delikatny łuk. Płaszcz zafurkotał na wietrze.
Pokłady zebranego w metalmyślach zdecydowania przelały w niego ponownie, ze zdwojoną siłą, jakby zacisnął na nich pełną garść i wchłonął je na raz. Wszelkie uczucia zmieniły się w czystą żądzę sprawiedliwości. Myśli przybrały formę sięgającej celu klingi. Naturalne, ludzkie zahamowania były ostatnią granicą, za którą czekał maniakalny stan zdecydowania. Trzymały go na łańcuchu niczym wygłodniałego psa. Głód zaś trawił go od środka, domagał się sięgnięcia po upragniony cel.
Umysł szarpnął się na uwięzi, złamał ogniwa łańcucha i rzucił się na łowy.
Znaleźć. Zakuć. Ukarać.
W takich chwilach Tristan doskonale wiedział, czym był – narzędziem wyrobionym w najsurowszych ogniach, znającym swoje przeznaczenie doskonale, gdy cała reszta błądziła w mroku. Żaden Allomanta – poza Zrodzonymi z Mgły – nie powinien potrafić tyle, co on. Natura dała mu panowanie nad czasem i przechowywanie swojego zdecydowania, lecz istniały we wszechświecie siły potężniejsze nawet od niej, on zaś był ich wysłannikiem.
Rzucił monetą i Odepchnął się od niej, zmieniając nieco kierunek swego lotu. Znaleźć. Przeczucie goniło za zbiegiem. Oczyma wyobraźni widział go wepchniętego w celę. Zakuć.
W dole mignął mu ruch. Felix wspinał się po metalowych kratach w oknach, ewidentnie próbując dostać się na otwarty na samej górze budynku balkon.
Ukarać.
Tristan wybił się ostatni raz w powietrze, zanim postawił bańkę czasu.
Stop bizmutowy ożył ciepłą falą w jego wnętrzu, sprawiając, że cała stolica zamarła na długą sekundę. Zaczął spadać i moment przed zetknięciem się z granicą bańki, usunął ją i postawił następną, w rezultacie mignięciami przesuwając się w powietrzu, a nie polegając jedynie na zwykłej grawitacji. Technika wymagała absolutnej perfekcji, żeby osiągnąć zawrotną, niezakłóconą pomyłką zbyt późnego wyjścia z bańki prędkość.
Felix miał czas na wspięcie się o jedno piętro wyżej. Potem niebo przysłonił mu Tristan, który krótką chwilę temu znajdował się całe metry nad nim. Detektyw wytrącił prędkość o metalowe kraty w oknach, zawisł tuż nad upatrzonym przez Felixa balkonem, po czym opadł ku niemu i porwał go w locie za ramiona.
Pędzili na spotkanie z twardym brukiem. Tristan zrzucił sobie pod nogi ostatnią monetą i lekko się Odepchnął tuż przed możliwym upadkiem. Wciąż w powietrzu, pchnął Felixa na ziemię. Mężczyzna przeturlał się po ziemi, wyrżnął plecami w ceglaną ścianę ślepego zaułku.
— To koniec, Lachance — zadecydował Tristan, lądując kawałek przed nim.
Zawsze, gdy wracał z maniakalnego stanu, czuł się trochę otumaniony, niespokojny, lecz nie mógł sobie teraz pozwolić na błąd, nie, gdy cały zapas zdecydowania i spożytych metali miał wreszcie się opłacić. Zacisnął zęby i wbił wzrok w uciekiniera.
Odkaszlnięcie Felixa przerodziło się w cichy, irytująco pogodny śmiech.
— Ależ dramatycznie powiedziane, detektywie — odparł, zaraz stęknął, próbując podnieść się po upadku. Choć widok poruszającego się w bólu przestępcy zawsze cieszył, Tristanowi zwyczajnie skończyła się cierpliwość. Podszedł, złapał za łokieć mężczyzny i szarpnął nim w górę, stawiając na równe nogi. Ten syknął przez zęby, lecz i tak się wyszczerzył. — Trochę praktyki i będzie detektyw takim dobrym aktorem, jak ja.
Tristan wygiął jego ręce do tyłu, ignorując wszelkie zażalenia Felixa na temat nieprzyjemnego traktowania. Kajdanki z aluminium – jedynego metalu odpornego na Allomancję – pojawiły się w dłoni detektywa.
— Felixie Lachance — powiedział stanowczo, niewoląc jeden nadgarstek — na mocy prawa i przydzielonej mi autonomii przez policję miasta Elendel, jesteś aresztowany ze związku zarzutami o napad na bank, kradzież dziesięciu milionów boksów z konta senatora Gavila Ralstona, a także za…
— Najmniej szlachetna część jego szlacheckiego ciała na pewno nie schudnie bardziej dzięki temu — parsknął Felix w odpowiedzi.
Drugi zatrzask się zamknął. Tristan obrócił mężczyznę przodem do siebie.
— …zniszczenie mienia miasta i uciekanie przed reprezentantem sił policyjnych.
— Skończyłeś?
Jego buta nie znała granic. Oczywiście, że nie skończył – mógłby ciskać oskarżeniami przez resztę dnia, nocy, ba, tygodnia. Lachance był jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców, solą w oku każdego konstabla. Niektórzy wykazywali się szczególną głupotą, nazywając go drugim wcieleniem Ocalałego, bohatera-przestępcy, który poprowadził lud ku wyzwoleniu. Kelsier żył w czasach tyranii. Elendel zbudowano na demokracji i słusznych prawach. Świat nie potrzebował kolejnej religijnej ikony do pokładania w niej nadziei. Potrzebował sprawiedliwości, jej zaś wysłannikiem był Tristan.
— Jest cały regał zbrodni, za które powinieneś…
— Skończyłeś — przerwał mu Felix z uśmiechem rzuconym przez ramię i wydarzyło się coś, co nie miało prawa się stać.
Chłodne, niepokojące doznanie oczyściło go niechcianą falą. Dosłownie oczyściło – w jednej sekundzie jego żołądek wciąż pulsował łagodnym ciepłem spalanej stali, w następnej potworna pustka zagościła na dnie, nijaka i obojętna na próby sięgnięcia do niej, wyciągnięcia z niej potrzebnej energii. Tristan, wytrącony z równowagi, próbował użyć stopu bizmutowego, który przepadł, próbował wychwycić błękitne wiązki stalą, która wyparowała. Jego wzrok w niedowierzaniu przesunął się po dłoniach trzymających wciąż Felixa. Instynktownie go puścił, a zimno odeszło, jednak rezerwy metali na dobre przepadły.
Niemożliwe. Tylko Pijawki spalające chrom to potrafiły, a to zaś znaczyło…
Ale Felix nie czekał, aż detektyw ułoży to sobie wszystko w głowie. Wykorzystując bezcenną chwilę zaskoczenia, szarpnął lekko nadgarstkami. Kajdanki puściły, jakby Tristan ich nigdy nie zapiął. Zanim ten zrozumiał, co się dzieje, było już za późno – w pierwszym odruchu chciał Odepchnąć się od czegoś, czegokolwiek, byle wysunąć się poza zasięg przeciwnika, lecz linie prowadzące do metali przecież wyparowały i Felix zakuł jego prawy nadgarstek. Drugą obręcz przełożył przez wystającą ze ściany rurę.
Tristan wiedział, że nic nie znajdzie w kieszeni, jeszcze przed wsadzeniem w nią dłoni. Kluczyk od kajdanek niewiadomo kiedy zniknął, a raczej zmienił właściciela. W jakieś desperackiej próbie detektyw prawie wyrwał sobie bark ze stawu, rzucając się całym ciałem do tyłu i kopiąc na oślep w Felixa. Aluminium obiło się z dezaprobatą o rurę, a Felix rozłożył ręce na boki niczym magik na scenie, który w niewyjaśniony sposób pozbył się całej talii kart na oczach widowni.
— Nigdy nie wiesz, jakie jest prawdopodobieństwo, że ten jeden raz źle zapiąłeś zatrzaski, prawda? — rzucił z zawadiackim uśmiechem.
— Ty… — odezwał się lodowatym tonem Tristan, choć jego oczy zdradzały zaintrygowanie.
— Do następnego, detektywie! — zawołał Felix, znikając za zakrętem.
Rozważywszy wszystkie możliwości, Tristan porzucił pościg. Nawet gdyby się postarał, wydostanie się z kajdanek zajęłoby wystarczającą Felixowi ilość sekund, żeby przepaść w miejskich zaułkach, metalmyśli opróżnił zupełnie, a do tego skończyły mu się wszystkie metale.
Poza tym, jakie było prawdopodobieństwo, że akurat u wylotu tej jednej uliczki czekała pusta dorożka? Jakie były szanse, że tłum zbulwersowanych małostkową kradzieżą przechodniów przyszpili reprezentanta sił policyjnych do ściany i zmusi go do rozwiązania sprawy na miejscu? Skąd mógł mieć pewność, że poszukiwany nie został już capnięty przez wielkiego orła i przeniesiony na drugą stronę miasta? Wpływu Felixa na rzeczywistość nie należało lekceważyć, lecz co innego lekceważyć, a nie znać pełni jego potencjału – Felix był Podwójnym. Używał chromu w Allomancji i Feruchemii, przez co mógł osiągać zupełnie nowe granice swoich mocy. Nagle wszystko nabrało sensu, aż Tristan prychnął pod nosem, wyciągając aluminiowy wytrych ze specjalnie wszytej w koszulę kieszeni. Że też nie wpadł na to szybciej. Felix nigdy nie Przyciągnął i nie zaatakował go od tyłu czymś, co znajdowało się za jego plecami. Wolał uciekać na nogach, niż rozejrzeć się, znaleźć dla siebie punkt zaczepienia i Przyciągnąć poza zasięg konstabli. Przez cały ten czas powód, przez który zdołał wmówić wszystkim, że jest Szarpaczem, był jednocześnie rozwiązaniem zagadki. Podwajał chrom i naginał prawdopodobieństwo do zupełnie nieznanych wartości.
Kajdanki ustąpiły szybko pod jego wprawnymi ruchami. Z brzdękiem opadły na ziemię, rezonując z chłodnym tonem wsuwającym się gładko między jego myśli.
Lis cię przechytrzył.
Ceartas go nie oceniał, jedynie stwierdzał fakt. Bóg z innego świata był jego nauczycielem od maleńkości, głosem kierującym go na ścieżkę sprawiedliwości. To on ofiarował mu stalowy kolec Hemalurgii wbity pomiędzy dwoma żebrami, dzięki któremu mógł szybować po niebie w poszukiwaniu przestępców. Przyniesienie mu w końcu tej lisiej kity będzie najlepszym dowodem wdzięczności za tak potężny dar.
— Może i tak — mruknął Tristan, podejmując mozolny spacer z powrotem do siedziby konstabli. Odzwyczaił się do normalnego chodzenia po mieście, lecz bodaj tego właśnie teraz potrzebował, żeby ułożyć myśli. Wymyślić nowy plan. Zastawić lepszą pułapkę. — Ale zdradził mi przy tym swój sekret, więc jego przewaga właśnie dobiegła końca. Nawet najbardziej szczwany lis nie potrafi stworzyć nowego asa z powietrza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz